BŁOTNE ABECADŁO

poniedziałek, 14 listopada 2016

SKIERNIEWICE, FLORIANA 4

Właściwie wszystko zaczęło się zwyczajnie. Aczkolwiek dość wieloznacznym faktem mogło być przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie tzw. dorobku twórczego. Bo przecież nazbyt mało miałem czasu, by się oddawać artystycznym studyjnym obrzędom. Malowałem więc na krześle, bo sztaluga była poza moją ówczesną możliwością realizacji. Po przebrnięciu przez dwie artystyczne komisje, w których zasiadali uznani Artyści i profesorowie ASP (Jan Tarasin chciał mnie z miejsca wziąć do swojej pracowni, Henryk Stażewski i Edward Krasiński rekomendowali mnie na piśmie, a jeszcze i Janusz Bogucki napisał o mnie opinię), kiedy ówczesny prezes Janusz Kaczmarski wręczył mi uroczyście odpowiednią legitymację, to zaraz zabrałem się za kamienie, ażeby ślad pędzla utrwalić szczególnym werniksem. I w ten pospolity sposób poniekąd zaczęła powstawać Bronna Góra.
Ale to są tylko poboczne rysunki piórkiem ważne dlatego, że bez ich zaistnienia nie byłbym  obdarowany dwiema niewiastami, które na ulicy Floriana 4 (dawnej Floriańskiej) w Skierniewicach z dawien dawna przebywały.


Jedna, Zofia Wąsikowa, wdowa po malarzu (Stanisławie?) Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.


Kiedy więc przeczytałem  ogłoszenie na związkowej tablicy o oferowanej do sprzedaży sztaludze – natychmiast pojechałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i  wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie  miejskiego rynsztoku.

Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.


Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.

Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
 – Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.

Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas.  Tam nic nie zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.

CDN
                                                                                



poniedziałek, 10 października 2016

REDUTA ORDONA

Motto:
"Czy Matka Boska Częstochowska obroni Warszawę ?"
(Generał Jan Krukowiecki do generała Jana Skrzyneckiego).
"Obiecuję świetny grób wykopać dla armii polskiej."
(Generał Jan Skrzynecki do rządu obejmując dowództwo).

Oto nasza Reduta, na której wytrwamy po kres naszego żywota. Oto nasza Ojczyzna, nasz wzór i natchnienie, niezbywalna lechicka tożsamość: ta nasza prochowa beczka polskiego patriotyzmu.   
A jak się to ma do faktów?
Reduta nr 54 broniona była przez około 300 żołnierzy pod dowództwem  podporucznika artylerii Juliana Konstantego Ordona. Po zajęciu opuszczonej (nieobsadzonej) przez Polaków reduty nr 55 żołnierze carscy przypuścili szturm na jeszcze bronioną redutę nr 54. Obrona ta dość szybko zamarła (po 15 minutach)! i Rosjanie wypełnili redutę. Wtedy miał nastąpić wybuch zgromadzonych prochów i masakra żołnierzy. Jacy to byli żołnierze, nie sposób rozsądzić.  Historiografia doliczyła się trupów (Rosjan i Polaków) około dwustu.
Ale i w zakresie tego podstawowego faktu nie ma zgodności. Wybuch miał bowiem nastąpić zanim rosyjscy żołnierze zajęli redutę, więc ofiarami musieli być tylko Polacy. Zaś sprawców było trzech: Nakrot i Nowosielski albo przypadkowy pocisk.
I tu się zaczyna literacka patriotyczna fikcja, której autorem stał się wieszcz nasz narodowy Adam Mickiewicz.
(W mojej przepastnej bibliotece Powstanie Listopadowe traktowane jest z szczególną rewerencją. I aczkolwiek felieton ten pomyślany był z góry zamierzoną tezą, na wszelki wypadek sięgnąłem do dawnych lektur. I tu po raz wtóry natknąłem się na hipotezy, bajania, zmyślenia i sprzeczne relacje. Jakże więc przesiać  przez felietonowe sito ten szczęk oręża w listopadowy zimny wieczór, ten gwar i ognie... i płomyki w oknach? Jakże Ich Wszystkich przywrócić do życia, ażeby nam sami jeszcze raz wszystko opowiedzieli?)

CDN

niedziela, 4 września 2016

BŁOTNE ABECADŁO POD PRĘGIERZEM

Ledwie posypię sobie co jakiś czas mój dziób popiołem, a już napierające nowe okoliczności przyrody domagają się ode mnie kolejnej ekspiacji za krzywdy wyrządzone moim bliźnim bliższym i dalszym, co moja pojednawcza natura stara się traktować z wyrozumiałością i należytą powagą, tym bardziej, że nie są mi one na zawsze przydane.
Oto odezwał się do mnie w prywatnym liście jeden z bohaterów "BŁOTNEGO ABECADŁA", bynajmniej nie uszczęśliwiony zaliczeniem go w ten sposób do pocztu nieśmiertelnych. Całość jego wypowiedzi podana została w impertynenckm i obrażonym tonie, co staram się zrozumieć, bo własny wizerunek zdaje się wielu jak szkaplerzyk wyświęcony wodą kolońską.
Szczególne oburzenie – poprzez nazwanie mojej niewinnej laurki DONOSEM – wywołało przywołanie dla narodowej polskiej pamięci pisma "Fołks Sztyme", gdzie mój bohater przed laty debiutował. Miejsce tego debiutu nigdy nie wywoływało we mnie jakiejś niezdrowej sensacji, bo przecież obowiązywała wówczas doktryna nieobecnośći Żydów w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i mówiło się zupełnie poważnie, że ocalałych z "Holocaustu" jest co najwyżej dwa tysiące. Doprawdy zawiodła mnie jednak moja wyobraźnia dotkliwie, bo nie mogłem się spodziewać, że w przyszłości  miejsce jego literackiej inicjacji będzie dla autora tak wstydliwym grzechem. Aliści śmiercionośnym już w obecnej rzeczywistości zarzutem było podsumowanie, że świadczy to o mojej "obsesji zaglądania wszystkim w spodnie". Co szczególnie ciekawe, obruszył się ów literacki adept na moje prześmiewcze nieco zdziwienie, że nie wzbogaca także literatury w języku jidysz, do czego ma absolutne prawo i powody, bo i obrzezanie się w wieku dojrzałym przy pomocy żyletki, jest świadectwem szczególnej determinacji. ...Ja tego języka nie znam – powiada ze złością i żałością, które mają mnie moralnie unicestwić i przy okazji być dowodem na nikczemność moich hipotez, bo przecież na Grochowie żaden tubylec udający Żyda albo Polaka nigdy nie istniał, co i pisarzowi Stasiukowi może się wydawać artystyczną halucynacją.
Jednakże w mojej filipce pełnił ten zwrot rolę figury retorycznej, której znaczenie dla ludzi powściągliwych powinno być dość wyraziste. Wychodzi więc na to, że – wbrew moim intencjom – sam mój literacki bohater stara się ukryć, czyli znieważyć swoich przodków, którzy przyjęli niegdyś talmudyczne wartości nie tylko dla politycznych korzyści, ale i dla duchowej krzepkości swojego ludu, który zaraz na wstępie zaczął się przepoczwarzać w Naród Wybrany dla przeprowadzenia czystki wśród słowiańskiej sierści, co rzeczywistym Żydom niekoniecznie było po ich myśli.
W tym momencie wstępujemy na grunt grząski i pełen zdradliwych zasadzek, w otchłań opadających w nią Istnień, bo przecież nie muszę szukać daleko.
Moja babcia, Julia Gagucka, była wszak z domu Kroman. Mój pradziad pełnił służbę w Kurlandii jako geodeta, also wykształcony był. Mam więc jakieś poszlaki, ale i tę pewność, że nad Wisłą się urodziłem i tutaj zmieszam się z polskimi łąkami, brzezinami, piaskami i gliną, z której ktoś może kiedyś ulepi zwyczajny garnek.
Tak więc łatwo można wskazać wielu przybyszów, którzy Polskę miłowali jako swoją Ojczyznę. I odwrotnie, wielu zasiedziałych tubylców traktuje Polską Ziemię jak postaw sukna z pańskiego stołu. Ile wyrwiemy, to nasze! Ile się nażremy i napijemy, to nasze! A po nas zmarnowane lasy, wyasfaltowane krajobrazy, wybita Zwierzyna i wyschnięte jeziora – jak umierające w takt katolskich modlitewnych oberków i skrzypiących koparek pobliskiej żwirowni jezioro Wigry: oczyszczalnia ścieków dla Suwałk!
Tak, Furia we mnie mieszka. Ja już nie mogę słuchać tych płaczliwych skarg i zdziwień: znowu nas ktoś gdzieś skrzywdził lub omamił! – To czemu śpimy gdy wartę trzeba trzymać, czemu puszczamy bąki na postrach gdy nieprzyjaciel naciera? Czemu mowy polskiej nie hołubimy, tylko paciorki klepiemy na  Rzplitej zatratę?  Czemu jesteśmy tak straszliwie byle jacy, a ja tonę w dygresjach?
Taki na ten przykład poeta Jacek Bierezin wstanie jutro z grobu i da mi po mordzie, bo swego czasu napisałem o jego dość znacznym nosie, który był w znacznych łaskach u zagubionych na paryskim bruku niewiast, które tym nosem doprowadzał do romantycznego szału, co na Wyspie św. Ludwika przybierało już bardziej godną patriotycznego obowiązku postać, chociaż właściciel polskiej księgarni obok historycznej kamienicy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego dał się omotać nie tylko żydowskiej hucpie i stracił wiarę. Także więc i tu mogę być obwiniony przez wytrwałych tropicieli mojego (zwierzęcego) antysemityzmu, albowiem redaktor Dziki Kamień – bywszy paryski rezydent, tak żałośnie i bez umiaru fetowany w medialnej szczujni – splunie na mnie z parchatym wdziękiem i znajdzie tamże jedyne wytłumaczenie mojej z nim polemiki, dopełniając w ten sposób istnienie paranoi jako terminu literackiego, w którym każda brednia zmieści się wielokrotnie – ku ogólnemu zaćmieniu umysłów.

I tak znowu minęło dni mało wiele, i ten mój stary tekst  – wydobyty z zakamarków Internetu – zaczyna mną rządzić.  Tu coś dopiszę, tu coś skreślę, owam coś zagmatwam. I tak łażę jak ostatnia niedojda.
Bo może zanadto się trudzę – niepomny na wrzaski i chichoty? Niepomny na nasze doczesne połajanki, litanie i złowrogie pomruki?
Łatwo mi można zarzucić, że odbiegam od tematu i grzęznę w kontekstach. Jednakże nie chciałbym spoczywać na laurach nawiedzonego referenta. Bo przecież nikogo nie można wyręczyć w trudzie samodzielnych poszukiwań.
W "BŁOTNYM ABECADLE" pomieszczonych jest 248 tekstów. Razem z 85 felietonami, 38 tekstami poezyi samozwańczych i 31 obrazami – to już dość znaczna księga. Trzeba zrobić korektę i liczyć na zapomnienie. A jak się da, to jeszcze to i owo wydukać...
Mam jednak taką przykrą refleksję, że dałem się nabić w butelkę.

niedziela, 14 sierpnia 2016

PRZYPADKI ALEKSANDRA JABŁONOWSKIEGO

Rozpoczynam ten felieton dość akrobatycznie, albowiem dopiero w trakcie pisania odnaleźć się może "jakiś"(słowo mistyczne, międlenia zaczyn) zamysł, który w obecnym uniesieniu stalówki nie jest jeszcze gotów. A to dlatego, że nie wiadomo, jaka to kolejna efemeryda nawiedziła pola bitewne Rzeczypospolitej, znajdującej się w stanie wskazującym na zatratę po wieczne czasy.
Oto pojawił się Jegomość w uniformie przypominającym żołnierski mundur. Mówi składnie i to wszystko, co kilku internetowych autorów od lat pisało. Żadna to więc jest nowość ani objawienie, ale podane w takiej scenografii – zaraz zyskało tłumy wielbicieli.
Nie należy się jednak dziwić, bo od dawna jest wiadome, że czytanie udręką jest niemiłosierną. A tubylczy ludek, jakoś tak, przyswaja tylko to, co zza węgła usłyszy albo na teatralnej scenie, bo komedianci są zawsze na tapecie, czyli podziw i uwagę publiczności mają murowane.
Aliści na Jabłonowskiego spadła taka ilość zbuków i zgniłych pomidorów, taka palba rac i racji świętych, czyli ostatecznych, że i ja, trochę zdezorientowany, postanowiłem po napisaniu tego wstępu poczekać na jakąś Muzę, która do piersi mnie przytuli i światłości dotknąć pozwoli.
Trzeciego dnia wyczekiwanego, pojawiła się Muza prosto z kałamarza Jana Parandowskiego – i w te słowy do mnie przemówiła: ty, Błotniak, nie czekaj na natchnienie, ty się weź do pracy! – Po czym połechtała moje pióra nieodpowiedzialnie i ukryła się w obłoku, wiszącym akurat dość nisko nad Bronną Górą.
Popadłem w zrozumiałą konfuzję!
Na początek przestałem wierzyć swojemu rozumowi, którego resztki doskwierają mi dotkliwie. Muza ma przecież boskie plenipotencje!
Zacząłem tedy, w potach archiwisty, szukać różnych fiszek: donosów, plotek, kalumni, zazdrosnych szeptanek, załganych prawd chwilowych, opinii stręczycielskich, histerycznych wiatrów mózgowych!
I oto natrafiłem na taki Cud, któremu na imię Agnieszka Fatyga. To jej sercem zawładnął niegdyś nasz mityczny Aleksander Jabłonowski, którego jakieś umysłowe łachmany nazywają dzisiaj przebierańcem! Wprawdzie niewiasty mają czasem szokujące upodobania, ale trudno mi przystać – słuchając takiego śpiewania – na tak skrajną hipotezę mimikry. (Aczkolwiek w definicji tego pojęcia tkwić może strategiczna wskazówka)!


Kiedy więc do tak wyszukanego aplauzu dodam kawaleryjskie upodobania Aleksandra Jabłonowskiego – a konie miłuję od czasów mojego konika bujanego – (co za nieznośna poetyczność) – to wydawać się może, że mój bohater ma mnie prawie za cholewą, czyli w strefie bezpośredniego zgniotu. Aliści moja wredna natura trudna jest do okiełznania, bo mając wędzidło w pysku poniosę i  tak tylko tam, gdzie zechcę! Bez wędzidła, czyli bez wszelakiej przemocy, mogę nawet wygłosić kazanie na katolickiej ambonie! I biada wiernym!
I tu mam Aleksandra Jabłonowskiego chwilowo na głowni mojego pióra, bo ostrze dokonuje zwykle rozstrzygnięć ostatecznych, a tym z założenia jestem przeciwny. Kiedy jednak widzę panienki w pantofelkach z gołymi nogami dosiadające kawaleryjskie owe rumaki, to wstyd nie pozwala mi więcej wykrztusić ponad to, że nie może być większej obrazy dla kawaleryjskiego konia! Bowiem sztuki jeździeckiej uczył mnie kawalerzysta pułkownik Falewicz. (Ta marginalna uwaga po to jest, aby wykazać, że posługiwanie się dziurawą hipotezą świadectwem jest moich rozterek).
Tak więc prawdziwe mam utrapienie z tym Jabłonowskim: co z wieczora napiszę, to zaraz o poranku w panice skreślę. Niebawem więc osiągnę taki stan publicystycznej profesji, że postawiona rankiem kropka, po całym dniu rozmyślań, zamieni się wieczorem w dwukropek. Pożałowania godny jest żywot publicysty, a szczególnie nad Wisłą. (Wprawdzie nikt mi nie płaci wierszówki, nad czym naturalnie boleję, ale mam z tego taką korzyść, że wciąż ktoś mnie może kupić. I na takich marzeniach upływa mi mój dzień powszedni).
Jednakże zaczęło mi się zdawać, że także moje – bezinteresowne z konieczności – publicystyczne zabiegi zaczynają przynosić owoce. To przecież nie obraża moich pisarskich ambicji – których nie mam – gdy ktoś ściąga z moich tekstów. Bo, na Swarożyca, przecież tylko Rzeczypospolitej służę. Więc jak Stanisław Michalkiewicz po tygodniu cytuje w swoim felietonie moje literki jako swoje odkrycie, to mi pióra rosną; jak robi swoistą karierę w Internecie moje określenie obecnego państwa jeszcze polskiego jako Bantustanu, to się wbijam w zbroję. Przecież za służbę nie ma zapłaty, nie ma nagród i awansów... Bo takie być powinny polskie obowiązki!
A tymczasem widzę festiwal małostkowych nadętych politycznych parweniuszy. Niczym oni się nie różnią od swoich pozornych przeciwników. Także grupy rekonstrukcji historycznych, które powstały dla szlachetnych celów, wydały taki pomiot, jak ten lubelski zombi, witający w kawaleryjskim polskim mundurze hameryckie wojska! Uporczywie tedy słyszę w tyle głowy pieśń o Powstaniu, kiedy serce zdaje się zamierać w tej pieśni – gdy nie sposób oddzielić łkania od rozumu – jak baśni o Rzeczypospolitej od nędznych przypowieści. A takimi są odwołania do katolickich obrzędów i watykańskiego zaborcy, tego najbardziej podstępnego i bezwzględnego zabójcy słowiańskiego Ducha. Polska to wciąż kraj na białym płótnie, uwolniony od obcej dominacji i administracyjnej przemocy – jednaki dla Ludzkich Stworzeń, Bogów, Grobów, Roślin i Zwierząt!

Jeśli Polska jest niewiastą, to najlepiej zobaczymy tę alegorię na obrazie Podkowińskiego. Ale ta białogłowa nie udawała sanitariuszki czy zwykłego podjezdka w upamiętnianiu powstańczego całopalenia, lecz dosiadała w erotycznej pozie karego rumaka z domyślną potencją. I tam zapewne mogłaby spoczywać – bez porad pruderyjnych katolickich ciot – nasza zagubiona pamięć rycerska. I żaden tam katolski biskupek i kardynałek, żaden wykształcony na katolskim uniwersytecie pleciuch brylujący w Internecie, żaden znawca masonerii poświęcony w dzieciństwie Matce Bożej, żaden międlarujący osobnik fanatyzujący bezwolnych katoli – nie miał do niej przystępu!
Kiedy więc Aleksander Jabłonowski mówi z wdziękiem i profesją o rzeczach dawno opisanych w pokorze, to przecież nie mogę mieć do niego pretensji. (Myśli i idee są także towarem i nie jest bez znaczenia w tym zamęcie, w jakim opakowaniu są sprzedawane i w jakiej intencji. A że są to czasem kalekie skróty, sami sobie jesteśmy winni, bo trudno podawać do każdego zdania przypisy). Każdy z nas składa się z molekuł poprzednich wieków i pobitych kryształków czasu, w którym dokonuje swego żywota. Jednak nie wypada nie wspomnieć – skoro każda polityczna opcja włazi nieprzystojnie  proboszczom (publicznie i skrycie) pod sutannę – że Kościół katolicki, jako agenda państwa watykańskiego, był przeciwny reaktywowaniu Rzeczypospolitej po 123 latach!
Na tym wyzwaniu poprzestanę, albowiem opisywanie katolickich nikczemności wobec Rzplitej przekracza ramy felietonowej poetyki. Jakiż to jest jednak ten dzisiejszy patriotycznie kościółkowy ethos, jeśli aktor Ryszard Filipski – w podzięce za "Hubala" – obdarza Bohdana Porębę obelgą? Na nic się także zdają pogardliwe miny kleptanego historyka z encyklopedycznym zacięciem, któremu w sukurs zdąża wybiórcza amnezja fetowanego publicysty – pieszczocha wszelkich prawicowych odchyłek. Oni zwyczajnie nie są w stanie znieść tej internetowej rzeczywistości, w której bez totumfackich min będą mogli nadal istnieć! Tedy robią grymasy i się nadymają patriotycznie skompilowaną katolicką trawą, którą każdy tubylec mógłby łatwo skosić, gdyby miał odpowiednie narzędzie. Ćmają tedy i ćkają, wymyślonego trupa fetują jako króla Polski – coby pospólstwo utrzymać w stanie katolickiej hipnozy Rzplitej na pohybel.
Polska jest niewolona przez tubylcze zmory. Ale to w Jej ciele, wciąż pokątnie i ukradkiem, bije pogańskie słowiańskie serce.

(dopisane 3 października 2016)
Pan Aleksander Jabłonowski swoją osobą przysporzył popularności – poczętej w kruchcie – medialnej katolskiej bojówce, która z emfazą nazywa siebie "Sumieniem Narodu". Bojówka ta, już na samym wstępie, korzysta ze sprawdzonych wzorców zamordyzmu, chociaż stara się tę swoją właściwość maskować patriotyczną troską, zza której i tak prześwieca gęba prałata. Taką troskę o swego żywiciela przejawiają zwykle czerwie,  które jeszcze na trupie "Magnum Polonia" będą się żywić.  Jeśli ktoś ma nadzieję na kompromis dla dobra Rzeczypospolitej z przedstawicielami watykańskiego okupanta, to znaczy, że żyje w świecie ułudy.




sobota, 30 lipca 2016

JESZCZE RAZ ELENA


Nie mogłem pisać, bo łażące wciąż za mną internetowe Robaki i Pająki zniszczyły mój komputer w ten sposób, że pisane literki zamieniały się w dadaistyczne szaleństwo. Tedy na nowe otwarcie posłuchajmy Eleny raz jeszcze... i jeszcze raz.

https://www.youtube.com/watch?v=XsL_LFcXdQw

I postarajmy się pamiętać, że za ginącym nadmiernie Ruskim Sołdatem – szły dywizje NKWD!
Kiedy więc dzisiaj, jakże ułomni, unicestwiamy pamięć o zwykłym żołnierzu, bo na jego piersi miała się ogrzewać zbrodnia i czerwona gwiazda; kiedy ktoś za nas wypowiada nie nasze myśli, bo naszych nam zabrakło; kiedy nad Rzplitą nadciągają ciemne chmury – połóżmy głowy we własne ramiona, bo nikt inny nad nami się nie pochyli.
(Tak więc bez żadnych w istocie  przeszkód toczy nas i zżera obłąkana rusofobia, sowicie karmiona przez  bulgocący tygiel warzonej wedle tej samej receptury strawy.) Ująłem to zdanie w nawias, bo może zanadto dolałem esencji.


poniedziałek, 22 lutego 2016

RZEŹ WIERZĄTEK

Jurgielnicy z PISIS zaordynowali ku chwale Rzeczypospolitej rzeź Dzików. Wielka to zabawa dla pozujących na myśliwych z piórkiem i trąbką w tyłku obywateli. Ponoć najwięcej tych osobników ukrywa się w Sejmie i przyległych Pisuarach. Tak więc 40 tysięcy Dzików przeznaczono na tzw. odstrzał sanitarny. Można będzie teraz mordować o każdej porze roku. Lud już się cieszy, a nawet w polskich parkach narodowych zacierają rączki. Będzie okazja do wypitki i konsumowania dziczyzny. Sarnina też nie będzie do pogardzenia. A przy okazji lud nabierze pewności, kto jest jego dobroczyńcą, bo i Szyszki, Nadszyszki i Podszyszki są z tego samego zgromadzenia, które za nic ma Orły nad jeziorem, Czaplę siwą w trzcinach, meandry bagiennej rzeki, Zająca śpiącego ufnie przy naszym domostwie, Borsuka szukającego u nas pomocy, Wiewiórki wspinającej się na nasze plecy, Sikorek wędrujących z nami po Puszczy, Klępy z ciekawskim małym Łosiem, Bobra na brzegu podczas porannej toalety, wreszcie Sarny pasącej się obok naszej Klaczki i hukającego Koziołka.

                                                                rysowała Błotniaczka
  

Puszczańskie dźwięki zamierają gdy słyszę huk wystrzałów: – w kniei, gdzieś na bezlitosnym zapadlisku, umiera w osamotnieniu Zwierzęca Istota, której w naszym modlitewnym do Jahwe amoku odmówiliśmy prawa do empatii. Wszak tej właśnie oszukańczej formule bezmyślnie od stuleci ulegamy: paciorek, kolana zgięte w konfesjonale, poddańczy pokłon wobec naszego duchowego unicestwienia w profesji zabijania  Braci Mniejszych.
Czy to więc będzie tatrzański Niedźwiadek ukamieniowany w potoku przez natchnionych myśliwską pasją "turystów" w różańcowej paplaninie, czy to Jeleń w śmiertelnych zapasach patrzący na swoich morderców z ogromniejącą łzą w swoim zamierającym oku, czy to Pies błąkający się po Puszczy, któremu kula ze strzelby "strażnika przyrody" wyrwie wnętrzności – aby można było w zgodzie z harmonogramem zabić owego Jelenia – to wszystko zakrywa puszczańskie milczenie i drżenie gałązek. W gabinetowych statystykach krew nie znajduje dla siebie miejsca w żadnym raporcie...
Za to na poczesnym miejscu trwa i rozwija się pod totalniackim przewodnictwem samo(nie)rządu koncept obłąkanej urbanizacji Wigierskiego Parku Narodowego. W tym dziele nieodwracalnego zniszczenia tubylczy okupant ma niebywałe zasługi !

I jeszcze, jakby takich nieszczęść było mało, jurgielnicy zabrali się ochoczo za dorzynanie dwóch charyzmatycznych stadnin, hodujących konie arabskie od czasów niepamiętnych. Nie piszę bez emocji, albowiem jestem ze stadniną w Janowie Podlaskim rodzinnie powiązany: – ojciec mojej Donnki, Esculap, urodził się właśnie w janowskiej stadninie, w roku 1999. Wprawdzie Marek Trela wtedy jeszcze dyrektorem nie był, ale miał już namaszczenie ikony hodowli polskiego araba, Andrzeja Krzyształowicza. Bo, jak to znającym się na rzeczy wiadomo, koń arabski został stworzony właśnie na polskich ziemiach. Ale przecież tym jurgielnickim dyletantom nic nie mówi np. :Wołoszka, Sławuta, Ilderim... Oni, w ramach swej decyzyjnej libacji, są zaledwie zdolni do produkcji kalumni i nieporadnych kłamstw. Korzystają przy tym – jakżeby nie – z usług dziennikarskiej swołoczy, która dla oślepienia tubylczej nacji wkłada patriotyczny kamuflaż.

 Gorze mi!


czwartek, 11 lutego 2016

ROŃDO ALLA POLACCA

Wiele wskazuje na taki rozwój wydarzeń, w których Polska znajduje się w schyłkowym okresie swoich dziejów, albowiem kończy się właśnie projekt polskiego państwa narodowego. I nic tu nie pomogą płacze, modlitwy, lamenty, strzelnice, kaplice, ołtarze i procesje – gdy rozumu w pospolitej codzienności nie staje. Na nic się tedy w odruchu stadnym zdaje odwołanie do staropolskich konwencji, gdy prezydencki samolot w smoleńskiej mgle może kilka wieków polskiej Historii obrócić w farsę. Przydatny jest także w tym procesie duński inżynier – nominowany błyskawicznie na eksperta od badania wypadków lotniczych – którego Matka Boska Stankiewicz połechtała w odpowiednim miejscu, by pozyskać katolicką mózgową spermę dla odżywienia polskiego jakoby patriotyzmu. Bo nie ulega przecież (mimo braku dowodów) żadnej wątpliwości, że ponury Putin zamordował polskiego prezydenta i wypił jego krew na miejscu katastrofy. Okazało się wszakże, że legion odpornych na takie fantasmagorie także ma coś do powiedzenia i tu sztandarowym przebiegłym przykładem zdaje się dotychczasowy niewierny współpracownik Gapola Leszek Misiak, prekursor hipotezy wybuchu w smoleńskim zamachu, którego śledcze dziennikarskie preferencje były starannie eksploatowane w kolejnych odsłonach spisku przeciwko prezydentowi, który izraelską rację stanu kojarzył filuternie z piastowską racją. Owóż Autor ten wydał po kilku latach przemilczaną przez to środowisko książkę, w której miał czelność opisać polityczne manewry "Gazety Polskiej" wokół tej tragedii. I zaraz pogrążył się w niebyt za sprawą swojej niesubordynacji. Jak więc widać, polskie kołtuństwo wciąż ma zdolność do zamiany masek. Dlatego wyrugowało ze swojej świadomości chociażby tak kaleki fakt, że to nikt inny, jak adoptowany przez Lecha Kaczyńskiego na swoje nieszczęście minister Szczygło, oddalił ze wstrętem rosyjską propozycję, by na pokładzie Tu-154 w locie do Smoleńska znajdował się rosyjski nawigator.
Wszelako, gdyby tak zewidencjonować kolejne "zamachowe" hipotezy wytworzone przez radosną twórczość naukowych autorytetów, to mielibyśmy przykładowy kogel mogel, gdzie brak dowodu powoduje tworzenie jego rozlicznych kopii, mających już pieczęć eksperckiego bezinteresownego myślenia. A przecież zespół Macieja Laska niczego na nowo nie badał. On tylko starał się na ludzki język przełożyć 1500 stron dokumentów, których przykładowy katolicki zwolennik zamachu na prezydencki samolot z wiadomych względów nie pojmuje. Tedy jak najbardziej może podlegać ocenie, czy owo gremium robiło to mniej czy bardziej udolnie. Jednakże takie działanie, także dla dobra narodowej zgody – które przecież nie wyklucza  odmiennych interpretacji – funkcyjna dziennikarka PISIS Anita Gargas nazwała propagandą, co dotkliwie deprecjonuje nie tylko rzetelne wnioski, ale i fakty. A proffessor Rońda, dla podtrzymania tej tezy, wyciągał z kapelusza swoje kolejne cyrkowe zwierzęta.
Czyż więc ktokolwiek może się dziwić, że śmierć i cierpienia zadawane przez ludzi Zwierzętom nie znajdują mojej aprobaty?

P.S.
Pan dr Wacław Berczyński zza Wielkiej Wody – (...jeden z głównych inżynierów Boeinga, jeden z tych wielu Polaków, którzy przez lata budowali potęgę Stanów Zjednoczonych. – pos. Antoni Macierewicz) – mianowany właśnie na szefa nowej komisji mającej wreszcie obiektywnie i w zgodzie z naukowymi zasadami wyjaśnić zagubionym Polanom mechanizm powietrznej smoleńskiej katastrofy, wyjawił z naukową pewnością, że: "niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza, w której giną wszyscy pasażerowie". Właśnie dlatego tak przejmująca jest teza, że Rosjanie dobili strzałem w potylicę trzech ocalałych pasażerów. I kiwa się pan Berczyński w takt zawiłej pracy swoich mózgowych zwojów, bo synagoga to jednak jest marne miejsce do przeprowadzenia badań naukowych. W tym kontekście pochopną mi się zdaje zgoda Rosjan na taką formułę badania tej katastrofy, która musiała ożywić wszystkie Trupaki, których jedyną racją bytu jest wieczna nienawiść do Rosji. A panu dr Berczyńskiemu podpowiadam Opowieści Lasku Kabackiego i muzykę sfer z fortów na Okęciu. Aczkolwiek nawet zwykły powieściopisarz może starać się o przyjęcie do Polskiej Akademii Nauk, co nawet wyrozumiały prezes Michał Kleiber powita z naukowym wdziękiem. Nie wydaje mi się jednak, by dr Berczyński chciał się poddać nawet tej procedurze. Przecież wystarczy, że radiomaryjne autorytety wyniosły doktora do godności proffessora i badacza wypadków lotniczych.

Zupełnie marginalne wydają się więc dywagacje o kosztach zawracania Wisły patykiem. Koszty to wprawdzie różnorakie, aliści najbardziej wymierne są argumenty wycenione w twardej walucie. Otóż wiele razy dało się słyszeć święte oburzenie, że "kłamstwa smoleńskie" dotychczasowych badaczy są opłacane z kieszeni polskiego podatnika. Nowa komisja ma przeto sposobność pracy cechującej wolontariat lub też korzystania z potajemnych źródeł finansowania. Póki co, wielebni eksperci będą otrzymywać od robionych w bambuko potomków Polan "ok. 10 tysięcy PLN brutto". Wyrówna im to głodowe wynagrodzenie marny dodatek na tramwajowe przejazdy i ubogie stancje... Jak wiadomo, podpora demo-kracji (Wujek Sam) zażywa cielesnych rozkoszy nieopodal ulicy Wiejskiej.




piątek, 8 stycznia 2016

DUCH W PIECU ZAKLĘTY


I zaraz się pojawił...


Duch jakiś czas w piecu biwakował, ale w końcu sobie poszedł, co umożliwiło dalsze prace. Kafle zostały sklamrowane odpowiednim drutem i dno pieca wyłożyłem szamotową cegłą na zaprawie glinianej z dodatkiem mączki szamotowej. Właściwe proporcje gliny i piasku ustaliłem po wielu próbach. Konieczne okazało się także moczenie kafli i cegieł, podobnie jak przy tradycyjnej murarce.


Owóż elementarną trudnością z jaką przyszło mi się borykać, jest niemożność przycinania kafli ze względu na ich reliefową strukturę. Ostatecznym zaś potwierdzeniem dobroci glinianej zaprawy okazał się nadzwyczaj prosty test, w którym przyklejona do kafla szamotowa cegiełka zdolna była po kilku dniach unieść pokaźnego ciężaru (3,6 kg) kafel. Tym samym odsyłam inne porady w tym zakresie do śmietnika.



piątek, 1 stycznia 2016

SZRON

W dawnych czasach, na oknach w zimowych miesiącach, powstawały zimowe ogrody. Ta przemiana codziennej realności w rzeczywistość baśni i bajek, zdawała się niezmiennym bytem. A więc to, co widzieliśmy na okiennej szybie, istniało jeszcze bardziej, aniżeli dotykalna niektórymi zmysłami rzeczywistość. Dzisiaj zanikają baśnie i bajki tworzone w odległej pamięci zrujnowanych zamków, dworów i obronnych grodów. Zanikają fotografie naszych Babć smażących zimowe konfitury. Znikają nasi w srebrnym nalocie pleśni Dziadkowie oparci na szabli i na łęku siodła. Znika świat, który oni stworzyli – a my w nim teraz dożywamy za ich zasługą.
Mimo to wydarliśmy sobie z naszych serc pamięć o Ich dożywaniu. A więc o tej najbardziej bolesnej Istocie naszego zamierania. I co rusz staramy się wskrzesić samych siebie, których pozostawiliśmy na  bitewnych polach i w kamiennych kręgach pogańskiego ognia, na kartach zadymionych rycin i w pustych muzealnych zbrojach.
Czy to Powstanie Warszawskie, czy to jakiś inny patriotyczny wybryk – wszystko nam się kojarzy jako dojmująca klęska. Tak więc Szron zdaje się rysować wszelkie żyjące i martwe formy, bo Zima mrozi nasze serca i umysły w dojmujący deseń czarownych śniegowych płatków, w zmarzlinę wieczną, w której zasypiamy.

Szron: jak milczący dzwon Andrieja Rublowa – albo Sołżenicyn na lodowym Archipelagu.






wtorek, 27 października 2015

WYBORCZA DEMOLKA

Jak najbardziej słuszny postulat deratyzacji karaluszków, które przez osiem lat żywiły się Rzplitą  – przyniósł oto spodziewany efekt. Albowiem euforia w obozie pisowskiej ciżby po ogłoszeniu przez PKW (symbol zastrzeżony w archiwach) znamion karaluszków klęski, zdaje mi się aż nazbyt pojemnym znakiem (jeśli pozostaniemy w zakresie symboli) zdewastowania polskiej świadomości narodowej. 
Na jakich to bowiem umysłowych szczudłach grasuje ta sklecona naprędce polska myśl polityczna? Otóż trzeba tu sięgnąć do takich aktów ekspresji, które z natury rzeczy stają się symbolami. Kiedy więc przez katolicki polski Bantustan defilują us-raelskie kolumny wojennego żelastwa, to należą te obrazki do – wyartykułowanego na pohybel Polanom – pisowskiego i peowskiego patriotycznego katechizmu. Kiedy jednak chcą przejechać przez katolicki polski Bantustan rosyjskie "Nocne Wilki", to klasyfikuje się ten przejazd jako zbrodniczą prowokację prezydenta Władimira Putina, który w ten nikczemny sposób chce zamanifestować odwieczną "ruską butę". I w tak łatwy frazeologiczny sposób stają się owi motocykliści "moskiewskimi bandytami". Szczególnej zaś żałości nabiera postulat referenta z "Klubu Ronina", by nie wpuszczać "Wilków" do Klechistanu pod pozorem nadmiernej toksyczności gazów wydzielanych przez ich motory. Jak wiadomo harleje to zwykle nienadające się do jazdy trupy, które mogą zatruwać klechistańską atmosferę. A niejaki golumowaty Targalski obciąży Władimira Putina następną zbrodnią, dla której własnych schizoidalnych wymysłów nie ma żadnej tamy. I w taki oto sposób kultywujemy naszą narodową moc i rację stanu.
Ażeby jednak nie popaść w nadmierną fascynację wytworami własnego umysłu, staram się, jak najbardziej się staram, odczytać intencje innych Autorów, mających w miarę rzeczowe podejście do samych siebie. Przecież nie mogę każdego Autora, który wypowiada obce mi poglądy, oskarżać zaraz o zdradę i stawiać go pod ścianą w celu rozstrzelania jego myśli. Trupów to my mieliśmy tutaj dostatek!
I tu zaraz się nakładają obrazy z Powstania Warszawskiego, gdzie nasza wzniosła myśl polityczna urządziła nam patriotyczną masakrę. Także i dzisiaj takiego autoramentu zdezelowana świadomość zdaje się starać ten zabieg powtórzyć i uczynić ziemie Rzeczypospolitej unicestwiającym Ją przedpolem zbliżającej się – wedle wielu dostępnych znaków – wojny. Aliści każdy w miarę przytomny na umyśle adept publicystycznej narracji, musi doznać pisarczykowej udręki i zadyszki z powodu wyraźnie dającego się zauważyć przyspieszenia dziejów, dla których on nie ma żadnej alternatywy, bowiem orędzie na cześć i chwałę Jarosława II Krzywoustego, wygłoszone onegdaj przez  wybranego ciupasem prezydenckiego Nominata, domyka klatkę w której znalazła się Rzeczpospolita. Tak więc kwarantanna zarządzona wobec krytyków Jego Swiątobliwości Prezydenta  nieodwołalnie minęła. Wyborcze głosy – to doprawdy zbędny ekwiwalent!

(Dopisane 26 listopada 2015)
Jakże szybko i nieobliczlnie wyszło szydło z wora!  PISIS i Premierzyca, wykreowana w Departamencie Stanu US-raela (The International Visitor Leadership) jak podobni jej kursanci: Marcinkiewicz, Kwaśniewski, Suchocka, Komorowski, Tusk – zmieceni już albo częściowo zużyci – wzięła się za miotłę i wymiata wszystko, co wedle jej rozumku i Jarosława II Krzywoustego uwierać może ich poczucie odmienianej we wszystkich przypadkach "prawdy". Bo tylko wtedy ichnia "prawda" może mieć się dobrze, gdy nie ma dla siebie żadnej alternatywy. Tedy za wyjątkowo symboliczny fakt uznaję likwidację internetowych stron firmowanych przez Macieja Laska i Wiesława Jedynaka, gdzie rzeczowo i odpowiedzialnie (aczkolwiek z pozostawieniem przestrzeni dla błędu lub zaniechania z przyczyn obiektywnych) przedstawione były opisy przyczyn i skutków katastrofy smoleńskiej. "Ta strona została zamknięta i będzie zamknięta po prostu" – ogłosiła koleżanka kursantka. Fanatyzm karmiony cenzurą wyklucza jednakże wszelki dyskurs! Ale nie po to zgrywaliśmy się na polskich patriotów, by teraz się tłumaczyć. Paciorek i morda w kubeł!

A tymczasem...




środa, 2 września 2015

POCIĄG POD SPECJALNYM NADZOREM

Wprawdzie nie chciałbym się dopisywać do tytułów, które trzeba będzie dla publicystycznej oracji pokrzywić, ale taka jest natura rzeczy, że i ja przymuszony czasem jestem jakąś literacką maczugą się wybronić! I dlatego chciałbym na kanwie "ZŁOTEGO POCIĄGU" sobie nieco pofolgować,  albowiem widać wyraziście, że Rzeczpospolita pozbawiona została nie tylko armii, ale i jej resztki zostaną niebawem użyte w celu odebrania Rzplitej wszelkiej suwerenności. Dziwić się takiej sugestii nie wypada, skoro bez obrazy naszego rozumu nie da się wyrozumować, dlaczego polską husarią dowodzi akurat potomek rezunów, którego o polskość nie należy podejrzewać dla elementarnej konieczności zachowania samego siebie przy tzw. zdrowych zmysłach. Pociąg tedy do złota jak najbardziej zdaje się wystarczającym usprawiedliwieniem dla ludzkich anomalii, gdzie do jednej własności zgłasza pretensje wielu mitycznych spadkobierców. I tu mi się przypomina niezapomniany Wasilij Szukszyn, który stojąc w kolejce po chleb zauważył u swoich stóp 50-rublowy banknot. Podniósł go i zaraz ogłosił kolejkowej publiczności o znalezieniu zguby. Zgłosiło się wielu – i w końcu ktoś trafił w rzeczony nominał. Szukszyn posłusznie oddał banknot. I za chwilę zorientował się, że to był jego, Szukszyna, banknot! (A i to jeszcze pamiętam, że żona Szukszyna, ciepła piersiata baba, romansowala w polskiej kinematografii, bo Szukszyn naiwniak postradał w ten sposób wszelkie pieniądze).
Pociąg tedy do złota jest naturalną dla wielu powinnością. Bogactwo bowiem zastępuje sztukę i filozofię, wiarę, naukę i literaturę. A i każdy Mędrzec będzie w tej konfrontacji poszkodowany dość dotkliwie.
Tedy dążenie do nieludzkiej doskonałości zdaje się wyrażać heca wokół zasypanej urny z nazistowską zawartością. Kompleks Riese zawiera niewątpliwie wiele banalnych tajemnic: kryształowe trumny i wyhodowane w obozach Wilkołaki. (Tu pewnym tropem są zamiłowania Hitlera do wilczych szańców). Wprawdzie nie jest pewne, czy nazistowska ideologia nie zrodziła się aby w jakiejś odległej galaktyce jako praktyczna realizacja kosmicznej eugeniki, ale i cała reszta mniej wartościowych ludzi zawdzięcza swoje Istnienie genetycznej inżynierii, która mimochodem dała nam asumpt do rozważań o naszych Stworzycielach, czyli Bogach naszych. Jeśli jednak odrzucimy religijne fałszerstwa – a katolicyzm szczególnie wypłukał z człowieka jego duchowość – być może Bogowie kosmiczni przyjdą do nas. Choć i tak być może, że Oni tutaj już są, a stan zaślepionego marazmu  zdaje się wystarczającym usprawiedliwieniem dla naszego ubezwłasnowolnienia.  Mimo to nie mamy  innego wyboru, bo wciąż najważniejszym odwiecznym pytaniem jest: skąd przychodzimy! To przecież nie może być tak, że Bogowie stworzyli nas dla zabawy, dla perwersji Uczty Bogów!
Przeszłość to jest niby ta podziemna lokomotywa z ruchem wstecznym. Koła w ruch... i zaraz wchodzimy w unicestwione obrazy: wozy podróżne z końmi umarłymi, zasypane armie, suknie na balkonach, kapelusze zwiewne, chłopcy na hulajnogach i zatrzymany w oddechu przebłysk, ten oddech ostatni!


sobota, 25 lipca 2015

CHAZARSKI KNUT

Kiedy przed kilku laty zaprzestałem nazywania "Gazety Wyborczej" – "Gazetą Chazarów", to uczyniłem tak dlatego, że ten prowokacyjny skrót myślowy zdawał się na tubylcach nie robić żadnego wrażenia. Minęło wszakże kilka lat i teza o chazarskim zasiedleniu i podboju Rzeczypospolitej wydaje się tyleż sensacyjna co oczywista. A co bardziej wytrwali, grzebiąc w tym temacie, uzyskują zdumiewające rezultaty.
Nie trzeba się tedy dziwić, że hipoteza o chazarskim pochodzeniu większości polskich Żydów jest wielce frapująca. Wyjaśnia ona bowiem klarownie, dlaczego tak wielu mądrych i uczciwych Żydow bylo "antysemitami". Dlaczego inni Żydzi zgodzili się i wręcz sprowokowali zagładę swoich talmudycznych pobratymców!? Dlaczego zaniechali wszelkiej dla nich pomocy!?
Trzeba także przypomnieć, że próby odbudowania  chazarskiego państwa na okaleczonych ziemiach Rzeczypospolitej, miały także wśród posągowych polskich postaci zastanawiający udział. W tym kontekście "przygarnięcie",  czyli nadanie polskiego obywatelstwa 600 tysiącom wschodnich Żydów, będących potomkami chazarskiego imperium – a więc elementu etnicznie i kulturowo całkowicie Polsce obcego – zdaje się wyrażeniem woli cokolwiek tajemniczym!
Uczynił to jednym pociągnięciem pióra sam Józef Piłsudski!
I za ten gest stawiamy dzisiaj Ziukowi pomniki! Także i za pomordowanych przez Ziuka polskich żołnierzy i przypadkowych cywilów. Za te zapomniane groby na choćby katowickim cmentarzu, poległych w dniach majowych 1926 roku dwudziestoletnich Polaków. (Wystarczy spacer z ulicy Powstańców w kierunku Brynowa...)!
Chazarski knut tymczasem, pod różnymi maskami, realizuje swą katowską profesję. Słowianie, zaiste, to łagodna nacja...

(Już we wczesnym dzieciństwie, idąc do grobu moich bliskich, mijalem na Cmentarzu Bródnowskim grób z ceglastego piaskowca. Wykute w nim nazwisko Dmowski – nic mi nie mówiło. Kult Marszałka, który jawił się także poprzez zachowane w domu monety z jego wizerunkiem, a więc patriotyczne medaliki boga Mamona – przesłonił mi Polskę).

21 marca 2010
("Remanenty")

niedziela, 12 lipca 2015

MIĘDZY PILOTEM A KAPCIOWYM

Przy tak wielu wzajemnie się wykluczających doniesieniach o ostatnich chwilach prezydenckiego samolotu, przy takiej wielości wszelakiej maści komentarzy na temat przyczyn katastrofy, przy takim niezdecydowaniu wrażego centrum medialnego manipulowania, jaką wersję scenariusza należy przyjąć na wirtualnej arenie narodowego żałobnego spektaklu – trudno jest zaiste zachować własne zmysły w użytecznym stanie. Tubylcza ludność zdaje się jednak być posłuszna i trwa w podsycanej umiejętnie hipnozie, posługując się w komunikowaniu między sobą pełnymi jąkających się stereotypów wyrażeniami. Taka inscenizacja przeżywania tragicznego wydarzenia zmierza jednak nieuchronnie ku farsie, która w demo–kratycznym systemie jest podstawowym budulcem w kreowaniu zmyślonej na użytek pospólstwa rzeczywistości.
Pochylam się tedy nad najbardziej tragiczną postacią tego lotu do Smoleńska – zaledwie 36-letnim Pilotem. Bowiem pogląd, że dowódca samolotu wojskowego, mając na pokładzie prezydenta i swego najwyższego dowódcę, jest "pierwszym po Bogu" – zdaniem wielu pilotów wojskowych – to czysta fikcja.
Kapitan Grzegorz Pietruczuk, pierwszy pilot owego samolotu w pamiętnym rejsie do Gruzji – tak sponiewierany przez prezydenta Kaczyńskiego i jego kapciowego Gosiewskiego – jest chlubnym wyjątkiem. Wiadomo, jaką cenę za tę "niesubordynację" – czyli odmowę podporządkowania się prezydenckim majakom – zapłacił. Odeszli z 36 Pułku także inni piloci. Odszedł jego dowódca. Ale trzeba pamiętać, że kapitan Protasiuk był wówczs drugim pilotem, a więc dojmującym świadkiem owego wydarzenia. I on to miał z tyłu głowy podczas lotu do Smoleńska... Ta masakra musiała się skończyć masakrą!
Dzisiaj mamy łzy wyciskane z nieczystego sumienia jak z wirówki nonsensu! (Patrz: Janusz Głowacki). Ta katastrofa zaczęła się w Warszawie – powiada były szef wojskowego wyszkolenia lotniczego. Cóż bowiem może czuć pilot, zagrożony złożeniem na niego do prokuratury poselskiego donosu jakiegoś kapciowego? Cóż może czuć pilot, starający się uniknąć inwektywy tchórza?
Ten rozpadający się samolot, to symbol rozpadającej się Polski. Jakiś kapciowy zawsze jest pod ręką!

Tak więc pojawiły się chmary internetowych ekspertów, naznaczonych mistyczną wręcz niezdolnością kojarzenia całkiem prostych faktów. Ażeby dodać sobie eksperckiej powagi, wielu  z nich powoływało się na swoje zasługi w pasażerskim lataniu i praktykę lotniczą zdobytą w czasie klejenia plastikowych modeli samolotów. Przed siedzibą prezydenta pysznił się jakiś facio z afiszem o jedności przyczynowo-skutkowej katastrofy w Gibraltarze z katastrofą w Smoleńsku. Inni mówili naturalnie o spisku rosyjskim i zdalnym sterowaniu samolotem ku zagładzie naszych – kontrowersyjnych przecież – elit. Dla jeszcze innych decydujące okazały się mgielne miazmaty majora Błochina – jednego z głównych katyńskich morderców – w których przepadł prezydencki samolot. No i przecież tę feralną brzozę posadził w tym miejscu osobiście Józef Stalin z Berią. Przekleństwo katyńskie zyskało nawet wymiar zablokowanego przez mistyczną mgłę steru kierunkowego, bowiem "maszyna była przy próbie lądowania silnie pochylona". I nie jest rzeczą podlegającą dyskusji, że wychylenie tego steru w tej konfiguracji nie miało żadnego znaczenia.
Takie oto brednie sprawują władzę w Rzeczypospolitej, starając się znaleźć przyczynę wszędzie, tylko nie we własnym zaniechaniu i prowokowaniu nieszczęścia. Chocholi taniec nabiera oto wciąż nowych cech narodowego zniewolenia.


12 i 15 kwietnia 2010
("Remanenty")

niedziela, 5 lipca 2015

MIĘDZY SCYLLĄ A CHARYBDĄ

Susza we wszelkich wymiarach robi się okropna. Gorącość przynajmniej pirenejska, woda w moim stawiku opadła o metr. Jeszce trochę i Donnka będzie przygryzać własne kopyta, bo jej łąka zmienia się powoli w oparzelisko. Wprawdzie mam na krańcu swoich włości jeziorną toń, ale nie przygotowałem się na czerpanie wody z jeziora, co skłania do przypuszczenia, że nawet moja niewyczerpalna studnia może borykać się z dostarczaniem hektolitrów wody. Mam więc i w tym zakresie powszechnie znaną wskazówkę, że nic na tym padole nie jest pewne. 
I taki wstęp mi się niechcący wypsnął, albowiem w ramach umysłowego borykania się z upałem sięgnąłem do niektórych moich dawnych tekstów, też tworzonych zapewne w atmosferze upału, co data 3 lipca 2010 zadaje się potwierdzać. I tu mam zapisane, że nazajutrz odbędą się wybory prezydenckie! 
Obowiązywało wówczas w pewnych kręgach hasło wyboru mniejszego zła, czyli głosowania na żyjącą podobiznę zmarłego w wypadku prezydenta. I tu taką miałem nikczemną refleksję, jak wielkim darem dla tubylczej nacji były narodziny tylko dwóch bliźniaków, bo gdyby matka Kaczyńskich powiła pięcioraczki, to mielibyśmy zapewnioną obsadę najwyższych stanowisk na przynajmniej lat pięćdziesiąt! Wprawdzie Jarosław Marek Rymkiewicz (zbieżność imion przypadkowa) uważa prezesa za katolickiego Ducha Świętego, który ma pomysł na zbawienie Polski, ale ja się z determinacją odżegnuję od Rymkiewiczowskiej wizji, albowiem od dawna uważam szefa Prawości za szarlatana i jednego z trojańskich koni wepchniętych na ziemie Rzeczypospolitej. I żeby to jeszcze był ów starożytny kuń, ale nawet tego symbolu nie jest w stanie unieść ta sklecona naprędce na podobieństwo rydwanu drewniana kaczka, w której z miną marsową wojownika siedzi sobie wódz i wypowiada chętnie słuchane przez tubylczą ludność slogany. Bo przecież żyjąca podobizna nawet nośną mitologię przykroi do folderu reklamowego wytwórni zabawek dla dorastających chłopców z dawnej szkoły kadetów na tyłach MSW, gdzie przyszli decydenci onanizowali się zbiorowo w szalecie internatu na ulicy Wiśniowej w Warszawie.
Wprawdzie trudno jest wymagać od tubylców, aby doznali rozjaśnienia umysłów, bo skoro przez 10 lat sycili swój lokalny patriotyzm widokiem partyjnego aparatczyka na prezydęckim sedesie, tak i teraz mogą wynieść na prezydęcki stolec łapiducha strojącego napoleońskie miny. A tłumek, z krzyża zdjęty, nawykły do ekspozycji łatwych wzruszeń, ciągnie w pocie czoła tę kaczkę na kółkach na własną i Rzeczypospolitej zgubę, zaś na Wawelu spoczną nie tylko dwaj bliźniacy, ale i ich przodkowie i potomkowie. I pomyśleć, że cała ta projekcja zaczęła się od zdjęć próbnych do filmu.
Tak więc ciasno się zrobi niedługo w królewskiej nekropolii, bo już dzisiaj trzeba tam szykować miejsce dla "Bolka" i "Alka". A ponieważ zmarły tragicznie prezydent Kaczyński był "najlepszym z powojennych prezydentów" – to i dla Bolka Bieruta też godzi się jakieś miejsce obok księcia Poniatowskiego uszykować, ażeby skali porównawczej przyszłym pokoleniom nie zmącić.
Także i w ten sposób wampiry wbijają swój osinowy kołek w słowiańskiego Ducha!

Złożone z dwóch tekstów ogłoszonych w dniach 13 kwietnia i 3 lipca 2010 roku.
(Z cyklu "Remanenty")

wtorek, 16 czerwca 2015

MOSKALIKI W PATRYJOTYCZNYM JADŁOSPISIE

Żyjemy w czasach symbolicznych gestów, których konieczna z kilku powodów przemiana to ma przede wszystkim zaświadczyć, że  nie są one w stanie symbolizować niczego. A więc odwracamy poniekąd dobrowolnie ustalony poprzez wieki porządek komunikowania się ze sobą. Medialne ścierwa zaś dość skutecznie usuwają nam nasze organy i w ich miejsce transplantują własne wytwory medialnej inżynierii. I tak – biologicznie zaprogramowani – nie jesteśmy nawet zdolni do ostatecznego gestu własnej niemocy, czyli puknięcia się we własne czoło! W tej sytuacji nawet ten prostacki gest przestał pełnić rolę oczyszczającego wyznania własnych win. Ażeby jednak sprostać nowym wyzwaniom, produkujemy dla własnego zadośćuczynienia tak wielkie ilości własnych umysłowych odpadków, że nie zmieści się w nich żadna miara. I, pozbawieni tej miary, udajemy się w chwilowym patriotycznym uniesieniu na spęd rzekomo słowiańskiej wspólnoty, której w żaden inny sposób nie umiemy podołać.
Tak więc w naszych myślach o Polsce, musi się pojawić pytanie: dla kogo Polska ma właściwie istnieć!? Komu ta Polska jest jeszcze potrzebna – oprócz garstki zachowanych w zielnikach straceńców!?
A może tylko duch nieszczęśnika Niewiadomskiego – malarza, może ożywić polskich rycerzy? Bo, jak się zdaje słyszeć, rozwija się i trwa tradycja "Sokoła", a więc namiastka poniekąd i transpozycja polskości. I coraz dobitniej się powiada o konieczności zbrojnej obrony Rzeczypospolitej! – Ale dla kogo ma być ta wyśniona Rzplita, że się powtórzę...?
Bo przecież wciąż słyszę, że za czyn jakiś głupkowaty należy się brać i szabliskiem trakt wyrąbać! Bo przecież trupa można ożywić, gdy mu się wtłoczy do płuc gaz głupkowaty! Bo przecież sam czyn byle jaki wystarczy za Misterium Ducha!
I tu ma czelność ktoś mi podpowiadać, że Moskalikiem widać jestem, skoro mam takie rozterki. I chociaż w wielkim mam poważaniu wytwory Jarosława Marka Rymkiewicza – to owi umysłowi paralitycy mają u mnie zagwarantowane miejsce w archiwum, w którym ich umysłowy dorobek zmieści mi się między paluchami mojej lewej lub prawej stopy!

2 sierpnia 2010
("Remanenty")

(dopisane 21 czerwca 2015)
Niejaki Rajnold Suchodolski w czasie Powstania Listopadowego taki wierszyk był ułożył:
"Kto powiedział, że Moskale 
są bracia dla Lechitów
Temu pierwszy w łeb wypalę
przed kościołem Karmelitów."

W takim oto skrócie zdaje się tworzyć szczególna katoliczna wykladnia polskiego patriotyzmu. Sztyletnicy, którzy przyjdą nazajutrz – opłacani przez zbrodnicze mocarstwo, nadmuchani skryptem dłużnym albo niewidzialną ręką obcej racji stanu – zamordują prawie każdego, kto podpada pod ten wierszyk. W tle zobaczymy  sprawiedliwą partię... i amerykańskie czołgi na ulicach. Wprawdzie te pancerne zagony i ich imitacje mogą co najwyżej rozśmieszyć moich Braci Rosjan, ale tu, nad Wisłą, przestaje nam być do śmiechu... Tym bardziej, że u naszych bram sposobi się – przez tych samych żołdackich najemników swoistej wolności  wyposażona – banderowska swołocz! Gdzie więc są wnuki i prawnuki polskich rycerzy? Akurat zegar wybija godzinę dwunastą!

wtorek, 9 czerwca 2015

CHANUKOWY AMBARAS

Zgodnie ze staropolską tradycją jesteśmy zobowiązani do świętowania chanukowego doktrynerstwa. Ja wprawdzie wiele symboli i dat  gotów jestem świętować dla poprawienia jakiejś nacji dobrego mniemania o sobie, ale z racji swojej przynależności narodowej powinienem też zadbać o elementarną przynajmniej zgodność historycznych relacji i własnych oczekiwań. Tymczasem, już przed trzema laty, bez dbałości o historyczne fakty, odnowił w swym Pałacu prezydent Lech Kaczyński ów chanukowy rytuał.  W ubiegłym roku Prezydent RP przywitał to żydowskie święto w synagodze. W tym roku chanukowe świece mają zapłonąć 15 grudnia, chociaż pierwszy dzień Chanuki zaczyna się 11 grudnia, tuż po zachodzie słońca. Zwłoka ta jest podyktowana zaabsorbowaniem Prezydenta Rzeczypospolitej żmudną nauką, albowiem chce on nauczyć się polskiej pieśni narodowej od swego brata bliźniaka Jarosława II Krzywoustego!
W połowie grudnia ma się też ukazać "Supersłownik hebrajsko-polski". Jest to bez wątpienia praca pionierska i bardzo w Polsce oczekiwana, gdyż jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i kwiatu paproci, wyłaniają się z grobowców i pospolitych maskujących zarośli całe zastępy nieistniejącej w wielu enuncjacjach żydowskiej populacji. Tedy nikogo nie powinno dziwić rosnące zainteresowanie językiem hebrajskim, bo Duchy wszak swój język mają. Ażeby jednak sprostać wymaganiom europejskich standardów, wydanie słownika zostało dofinansowane przez rektora Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Instytut Polski w Tel Awiwie, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej jeszcze Polskiej, Ambasadę Izraela w Polsce i Instytut Książki. Jak więc widać lista darczyńców imponująca. Słowiański projekt nie ma tu z czym stawać w zapasy! Ten słownik to w końcu świetny prezent na Chanukę albo Gwiazdkę, bo to żadna różnica.
I tu, zgodnie z katolickim duchem. niejaki pan Tomasz Krakowski (chyba nie od Kraka) na JEWISH.ORG.PL tak rozważa: "Jak miło i przyjemnie jest kiedy płoną chanukowe lampki. Cienie tańczą po suficie, a ogniki odbijają się w okiennych szybach, pomnażając się w nieskończoność. Na zewnątrz noc długa i mroczna, a w domu ta rozbiegana jasność, przepełniona bezpieczeństwem i spokojem. Za oknem groza i strach"(...)
I przytacza słowa bojowej pieśni:
"Kiedy kopną w twoje drzwi, jak uciekniesz stąd
Podniesiesz w górę ręce czy wyciągniesz broń."

Tak więc jest coś chyba na rzeczy, że (nieistniejąca przecież) tzw. żydowska społeczność w okupowanym przez Polaków własnym Kraju, żyje w takim poczuciu zagrożenia, że tylko patrzeć jak armia izraelska dla ratowania swoich przyrodnich braci rozpocznie szkolenie bojówek nad Wisłą. Współpraca na tym polu została podjęta przez prezydenta Kaczyńskiego podczas jego pierwszej wizyty w Izraelu w dniach 10 – 13 września 2006 roku. Zaraz potem pojawił się strategiczny pomysł prezydenckich główek, które ustami niewiasty Jakubiak oświadczyły o gotowości szkolenia polskich (sic.!) lotników w izraelskich biblijnych przestworzach. Dzięki takim ćwiczeniom pan Tomasz Krakowski i (nieistniejąca) chazarska populacja podszywająca się pod rzekomo unicestwiony naród, będzie miała wsparcie z powietrza.

Kiedy więc w polskich wsiach i miasteczkach zapłoną chanukowe lampki – będzie to dla wyzwoleńczych dronów i wyszkolonych w pustynnych mirażach eskadr samosprawdzająca się przepowiednia.

8 grudnia 2009
("Remanenty")

piątek, 5 czerwca 2015

CNOTA ZAPRZAŃSTWA

Pośród wielu krzywych zwierciadeł, w których odbija się byt znikającej Rzeczypospolitej, jedno przynajmniej jaśnieje potęgą Cnoty. Jest to otóż lustrzane odbicie twarzy zapomnianej medialnej wydmuszki Anety K. – promieniującej blaskiem chędożonej białogłowy, dla której tylko genetyczne badania mogą rozwiązać dylemat ojcostwa jej dziecka.
Takie genetyczne badania powinna także zlecić dla samej siebie – dla podtrzymania splendoru uzurpatorskiej władzy – pani sędzia, skazująca Andrzeja Leppera w imieniu Majestatu Rzeczypospolitej na kazamaty. Bowiem nie jest dla Polan jasne, kto spółkował w domniemanej orgii, której przyświecała konstytucyjnie zagwarantowana lubieżność – w celu powołania na ten padół ostoi Rzeczypospolitej o imieniu Prawo i Sprawiedliwość!
Tak więc lincz sądowy, dokonany na Andrzeju Lepperze, wprowadza do polskiego słownictwa nowe pojęcia. A i tak sobie też myślę, że gdybym przebywał na bezludnej wyspie, gdzie jedyną niewiastą byłaby pani Cnota Primo po Pierwsze Aneta K. – to wolałbym seks z rekinem!  I w tym przypadku taka jeszcze byłaby dla mnie dogodność, że mojej miłości do Rzeczypospolitej nie musiałbym wystawiać na hańbiącą próbę w przysłowiowym burdelu sejmowym na ulicy Wiejskiej i w notorycznych mafijnych przyległościach, które na polskiej Fladze, Hymnie i Konstytucji RP żerują jako te mikroby. 

12 lutego 2010
("Remanenty")

niedziela, 17 maja 2015

BUL ISTNIENIA

Już kilka razy obiecywałem sobie, że nie będę brać udziału w zbiorowych emocjach, bo te sprowadzają się do odruchów warunkowych, potwierdzonych zwykle poprzedzającymi manewrami, które muszą obrażać inteligencję nawet zimnokrwistych płazów. Wśród błotniaków błotnistych rzecz wygląda jeszcze gorzej, albowiem istnienie tego ptaszydła zaprzecza nie tylko darwinizmowi, ale i ośmiela się negować teorię względności. Wśród pospólstwa za to dominuje trend mniej bezinteresowny – aczkolwiek całkiem zrozumiały – zachowania siebie i swoich najbliższych przy możliwie długim i dostatnim życiu. I tu napotykamy na zasadniczą sprzeczność, skoro do takiej prostoty Istnienia prowadzą zwykle jakże zawiłe drogi. Dobrym przykładem w tej materii jest późna twórczość wybitnych artystów, którzy u krańca żywota eliminują ze swojej twórczości zbędne ozdobniki. Jednakże nie da się wyeliminować ze społecznej materii – tak oszukańczo tworzonej przez medialne ścierwa – tych wszystkich wieloznacznych etykiet i symboli. Żyjemy więc w swoistym Odziale Zamkniętym, gdzie nasza świadomość miejsca, w którym się znajdujemy – podlega ścisłej reglamentacji. Tak udoskonalona forma totalitaryzmu, w której stajemy się – dobrowolnie poniekąd – własnymi strażnikami nie swoich myśli, zdaje się być znaczącym krokiem ludzkości do Zagłady. Dlatego poszukiwanie brakującego ogniwa w naszej duchowej cielesności – gdzie powrót do slowiańskich pogańskich korzeni zdaje się tak elementarnym znakiem – wywołuje tak bezsilne pyszałkowate drwiny skatoliczałej – i zwykle pozbawionej możliwości rozpoznawania swoich czynów – pozornej większości. Bo przecież ta huba, tak podstępnie na Polskiej Krainie zaimplantowana, ma tylko jeden powód do dbałości o swego żywiciela, jakim jest Rzeczpospolita! Albowiem te wszelakie wszy nie wzięły się znikąd. Wykarmiliśmy je w swojej durnocie własną krwią!

Także dzisiaj wszystko zmierza ku temu, abyśmy sami utopili się we własnej krwi. Policja jest  ustawiona na konfrontacyjnym wobec nas kursie. Tę opcję już zrealizowały w praktyce policyjne mordy. Bo czy ktoś policzył, ilu Polaków zamordowała lub trwale okaleczyła policja w demokratycznym polskim unijnym baraku? Jak to się stało, że zrzucając tzw. "jarzmo komunistyczne", zafundowaliśmy sobie państwo tak represyjne?! I czy prawdą jest, że kadra oficerska policji ma dziwnie często ukraińskie korzenie? Bo może tu raczej trzeba szukać prawdziwych morderców generała Papały. Przecież ta prokuratorska szopka o złodziejach samochodów mordujących ich właścicieli najdobitniej wyraża, z jakim gnojem mamy do czynienia. O Ukraińcu, pełniącym funkcje wicepremiera i ministra obrony już nie wspomnę, bo chyba postradałem zmysły. A skoro je postradałem, to jeszcze i to mam do zakomunikowania, że nie dam się podjudzić na wojnę z Rosją. Natomiast chcę ci powiedzieć, polski kretynie, że powtórka z banderowskich mordów jest jak najbardziej możliwa.
Jakże tu jednak złorzeczyć na polskie tumaństwo, kiedy polska elita znalazła zadowalający wyraz w osobach komediantów Pszoniaka i Olbrychskiego albo Jandy – teatralnej bizneswoman, tak obficie sponsorowanej zapierającymi dech workami publicznych pieniędzy. Cóż więc można orzec na podstawie powyższej symbolicznej prezentacji, żeby uszanować przynajmniej własne przywiązanie do formułowania bezinteresownych myśli?
Bilans tej prezydęckiej przepychanki wskazuje, że okręcik z biało-czerwonym proporcem dryfuje w kierunku Otchłani.

(Skoro więc w taki sposób zlokalizowałem pozycję znikającej Rzplitej, to cóż jeszcze można zrobić? Mój stosunek do bojkotu wyborów już wyraziłem i mógłbym go jeszcze dość szeroko uzasadnić. Także manifestacje oddawania nieważnych głosów uważam za dziecinadę. Spotkałem i takich, którzy chcą przekreślić dwóch pretendentów, by w zamian wpisać np. Andrzeja Leppera. Sa to tematy do odrębnych rozważań. Jednakże przypadek narodowca Mariana Kowalskiego – mającego cechy ludowego trybuna – który zebrał oszałamiająco mniej głosów niźli popierających podpisów, może służyć za symbol niemocy w zorganizowaniu politycznej alternatywy dla rządzącej szajki. W tej sytuacji zakładanie opaski na oczy i wymachiwanie rękami zdaje się działaniem tyle bezradnym co mało politycznym. Podobnie jak konstatacja, że zmiana prezydenta niczego nie zmieni. Jeśli nawet "nic nie zmieni", to spowoduje przynajmniej przetasowanie kart. A przy nowym rozdaniu jeszcze wiele może się zdarzyć. Poza tym nikt nie może zaręczyć, że prezydent Andrzej Duda nie zerwie się z łańcucha... Tak więc wszyscy nawołujący do bojkotu oddają w istocie głos za drugą kadencją urzędującego lokatora Pałacu. Odszczekam wszystko pod stołem, jeśli się okaże, że owi polityczni wizjonerzy w poszukiwaniu sojuszników zawarli  przymierze z UFO).


                                                             malowała Błotniaczka

wtorek, 5 maja 2015

MORDOBICIE (Dla przypomnienia)


      Zawżdy nie ględziłem już dość dawno, że tego wozu chabety nie uciągną?
A tu na domiar złego Woźnica walił sobie ze swego korkowca na prawo i lewo i na wiwat, wśród aplauzu szmacianej gawiedzi nawykłej na co dzień do kopania szmacianki. Chabety po każdym wystrzale podrywały się do chwilowego biegu, podnosiły nieco smętne swoje łby w oczekiwaniu na kostkę cukru – złorzecząc w duchu na swój losowy przymus kontynuowania legendy walecznych a zmyślnych rumaków, mądrzejszych z definicji od swoich jeźdzców.

      A Woźnica upajał się, lejcami, dmuchał w gwizdek – rozmyślnie pomijając moją gwizdawkę – i z premedytacją przygotowywał oddanie władzy nad lejcami, w dodatku przestawiając chabety sumiastymi ogonami w kierunku zamierzonej jakoby jazdy.
Nieopatrznie wóz ten i cała kawalkada utknęła w obozie rozbitym obok Łazienek, czekając na opieszałe tabory i inne zbytki, a także własne olśnienia – zapominając o koniecznościach opisanych wnikliwie przez klasyków sztuki wojennej, gdzie obóz warowny powinien być, o straż nocną zadbać należy, a straży przedniej nie powinny pełnić obozowe ciury. Tymczasem to one przejęły funkcje sztabowe i urządziły sobie Wesołe Miasteczko.
      Kręciła się więc karuzela i diabelskie koło, małpy pisały przemówienia w wolnych od rozrywki chwilach, a Woźnica mierzył siłę własnej armii według ilości przypadających na jednego żołnierza przemokniętych kapiszonów, bowiem szczególnie doceniał rolę odstraszania przy pomocy samego huku.
      A więc były to pistoleciki różnego kalibru: korkowce, samopały, tradycyjne pistolety skałkowe oraz zagwożdżone armaty. Sił tego pospolitego ruszenia trudno było zresztą dociec, bowiem ocena własnych sił także wymknęła się ukradkiem, co u przeciwnika spowodowało pełne wzgardy rozbawienie. I jeszcze ten hamulec włączony — w tym powozie posklejanym z odpadków w rydwan — podczas jazdy na wzgórze, gdzie chciało się trochę postać dostojnie z lunetą wśród sztabu klakierów i powymachiwać własnym pistolecikiem, zerkając bez przerwy w trzymane przez grono takich doradców lustro. A tu wyraźnie przecież widać było szwy na gałgankach, z jakich oni wszyscy zostali pozszywani. Zresztą Woźnicy też przeświecały dziurawe skarpetki z lumpeksu i przenicowany na lewą stronę — ze względu na wytarcie mankietów i plamy z sosów — mundurek. (1 listopada 2007)

      We wnętrzu trojańskiej kaczki jest dzisiaj pusto, zaledwie trochę wyborczej makulatury. I jeszcze  gipsowe torsy wodza z fiszką do Kozłówki, plastikowy zegar z kukułką zamarłą w pół słowa, mównica z dykty oblepiona funeralną frazeologią, i trumna z IV Rzeczpospolitą pełną badziewia.
Tak więc Polanie, tkwiący przecież nie od dziś w swoich urzekających nie tylko sąsiadów głuptackich złudzeniach, wiszą sobie jako zbiorowy portret wydudkanych głupoli w galerii patriotycznego  falsyfikatu.


malowała Błotniaczka



środa, 15 kwietnia 2015

BUKWY CMENTARNE

Po gubernialnym statusie Suwałk pozostały jeszcze ułomki grobowców na zdewastowanym prawosławnym cmentarzu. Zniknęła większość postumentów i nagrobnych tablic. Czyjeś ręce strąciły z zapadniętych obelisków prawosławne krzyże i cokoły, wyrwały żeliwne grobowe ogrodzenia. Jakże mi wstyd, że przez urodzenie należę do tej nacji, która poszanowanie dla opuszczonych rosyjskich grobów ma w swej katolickiej rzyci. 
To, co jeszcze ocalało we fragmentach w tym zapadlisku, to zanikające bukwy. Do wielu trudno dotrzeć, chociaż czas był mimo wszystko bardziej łaskawy, aniżeli pozostający przez chwilę przy życiu tubylcy. Z głębi grobowej otchłani powyrastały mocarne drzewa, gąszcz gałęzi poprzeplatał misterną kowalską robotę, piaskowce i granity – ażeby chociaż w ten właściwy dla Natury sposób zaświadczyć tajemne przenikanie się życia ludzkiego i roślinnego.

Tu spoczywa Anna Aleksandrowna Czanowa. Skonała w 1903 roku w wieku 78 lat.
(Czyli urodziła się w roku 1825! – Miała pięć lat, gdy wybuchło Powstanie Listopadowe).
Tu spoczywa Wasilij Wasiliewicz Kudriawcew, urodzony w roku 1864 i zmarły w roku 1889. 
Tu spoczywa rotmistrz sztabowy Nikołaj Gawriłowicz Ilinski, z pułku imperatora Aleksandra III, urodzony 10 lutego 1881 roku. Skończył życie 26 listopada 1910 roku.







Jakże często podnosimy larum, że polskie groby na Kresach nie mają wystarczającej opieki. Przykłady każdy powinien znać. Jednakże rozszabrowanie prawosławnego cmentarza li tylko dla ludycznej festy w katolickim obrzędzie, dla stworzenia patryjotycznego pozoru, zdaje mi się dotkliwym znakiem upadku polskości. Nawet żaden achałtekiński koń nie będzie miał zrozumienia dla polskiej sprawy!


wtorek, 24 marca 2015

POLEMISTY CZAR


W mojej wrażej publicystycznej internetowej działalności nie miałem szczęścia spotkać poważnego polemisty. A przecież dopiero takie spotkanie może wydać jakiś znaczący owoc. Kiedy my tylko sami bajdurzymy w bezpieczny sposób bez oglądania się na publikę – która wprawdzie małą ma potrzebę umysłowej gimnastyki – zbliżamy się w karkołomny sposób do mówcy wygłaszającego referat na partyjnym spędzie.
Przykładów mogę podawać wiele, ale najbardziej wyrazisty wydaje mi się jeden z bohaterów mojego "BŁOTNEGO ABECADŁA". Owóż ten przedmiot moich dywagacji nie był i nie jest w stanie zareagować w sposób rozumny na moje rzekome przeinaczenia i kalumnie, zbywając moją zachętę do polemiki lekceważącym prychnięciem, bo przecież moje teksty na takową nie zasługują i jemu zwyczajnie się nie chce, bo modlitwa za moje duchowe zboczenie zdaje się mu wystarczającym ekwiwalentem zupełnie niepotrzebnych sporów, bo słowiańscy Bogowie – o których nie ma żadnej wiedzy – nijak się mają do jego jedynego Boga, który jest jedyny i już! I pogrąża się mój bohater dalej w bezsilnej retoryce nie bacząc nawet, by w odmętach ścieków jedynie słusznej wiary, wykazać przy okazji swoją karykaturalną indolencję jako wartość nadrzędną:  czyli owo modlitewne  skrzyżowanie słupa z belką, gdzie przy pomocy nagłaśniających gadżetów i hojnej państwowej kasy, może klepać paciorki kultywując swoje dobre samopoczucie bez oglądania się na haniebne katolickie praktyki, którym udało się  – jak się sądzi w otoczeniu plebana – przykryć słowiańską tożsamość sutanną i habitem.
Tedy i duma go rozpiera w patryjotycznym na obecny czas zwidzie, że w przeszłości pogoniliśmy kota  Moskowii, która jakoby na nas napadła, więc pognaliśmy ich aż tak dotkliwie, że Kreml zdobyliśmy z marszu i mieszkaliśmy w nim przez dwa lata. (Zachowując się jak typowi okupanci – o czym zapomina wspomnieć, bo i tej wiedzy zwyczajnie nie posiada). Delikatnie więc zwracam mu uwagę, że to raczej dynastyczna drżączka Wazy i jego obłąkany jezuicki katolicyzm pospołu z Samozwańcem były przyczyną tej nieszczęśliwej pod każdym względem moskiewskiej eskapady, która  stanie się w przyszłości kamieniem węgielnym politycznej opcji deratyzacji Rzeczypospolitej. 

Kiedy więc rozprawiamy o przyczynach upadku idei polskości – weźmy i taki szczegół pod uwagę. Albowiem wychodzi mi na to, że przeciętny polski katolik, to nie tylko zdradziecki sługa kościelnego państwa, nie tylko żarliwy wyznawca propagandy Radia Maryja i czytelnik rusofobicznej Gazety Polskiego Kołtuna, nie tylko kartka wyborcza wrzucana do konfesjonału – gdzie przyjmują hołdy kolejni polityczni prałaci i ich wybrańcy – ale także, we wszelkich wymiarach, całkowicie nieprzydatna Rzplitej maniakalna struktura fanatycznej umysłowej pustki – niezdolnej do żadnego dyskursu.

(Gdybym był chrześcijaninem, zaraz bym się wyrzekł kościółkowych splendorów i watykańskiego badziewia. Wiara to przede wszystkim pokora, więc katolicy dawno już przestali być chrześcijanami, jeśli w ogóle kiedykolwiek nimi byli. Tedy z dobrego serca radzę, albowiem w naszym krótkim żywocie jakże mało mamy czasu na adekwatne decyzje, które naszą determinację w niezgodzie na unicestwienie wspomóc mogą. Dlatego religijna doktryna wydaje się być dla tak wielu wciąż jedynym skutecznym środkiem na namolne znaki zapytania. Pozostaje jeszcze  zapomniana nieco naftalina, która może – jak się nam wydaje – wyeliminować nawet mole książkowe.
A jeśli mój przyjaciel Jerzy P. – tak bardzo poszkodowany na umyśle – sądzi, że ten felieton dotyczy jego osoby, to karykaturalnie się myli. Ja opisuję tylko pewien typ umysłowości, której Jerzy P. jest dość wybitnym przedstawicielem).


czwartek, 12 marca 2015

PREZYDĘT BŁOTNIAK



Błotniak na szkoleniu husarskim przed objęciem prezydęckiego urzędu!

Od czasu, gdy przy pomocy kilku socjotechnicznych trików wmówiono niedobitkom Polan komunistycznego aparatczyka z minionej epoki na prezydęta – i jeszcze powtórnie – nic już nie może oddać nam naszej rycerskiej godności. Daliśmy plamę i nikt nas od niej nie uwolni. A nawet i nie powinien! Albowiem tu właśnie powinno pozostać – przynajmniej w wymiarze symbolicznym – jakieś rozpoznanie w kategorii czynienia Dobra i Zła albo zwyczajnej Głupty.

Kiedy jednak spotykam w suwalskim sklepie granatową kurtkę z odpowiednimi napisami zawieszoną na  cyckach przysłowiowej blondynki, która optuje za urzędującym prezydęckim Bronkiem – daję na wstrzymanie. Albowiem wiem, że ta kurtka nie ma żadnej świadomości swojego istnienia, gdyż została wynajęta do brudnej roboty i nawet seks z blondynką nie może być wystarczającą zapłatą, bo Bronek  małą  ma raczej możliwość skoku w bok. Tedy nawet ja wydaję się sobie bardziej poważnym kandydatem na prezydęta, skoro gra na Dudach albo innych Braunach nigdy nie była w zakresie moich zainteresowań, albowiem miłuję szczególnie fagoty i fortepiany. Dlatego moja wiarygodność nie jest do podważenia!


Polanie, mam w dupie wszelkie przywileje i apanaże: także te biskupie, kardynalskie, poselskie, senatorskie, urzędnicze, zakonne i zakonnicze, prokuratorskie i sędziowskie, generalskie i dziennikarskie, wójtowskie i burmistrzowskie...  Mogę żreć trawę i sypiać na zamarzniętych trzcinach. Nie będę też każdej kalekiej myśli rozpoczynał od przywoływania Jahwe nafutrowanego wyskubanym pierzem i wykreowanego dla doraźnych potrzeb, ażeby skatoliczoną miazgę doprowadzić do stanu posłuszeństwa we władaniu i duchowym samounicestwieniu!
Polanie, stoję przed Wami!  Słowiańska Rzeczpospolita dobija się do wrót!

Aczkolwiek, zamiast prezydęckiej Kukły, jedynie mumia Faraona zdać się może na swoim miejscu w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu!



wtorek, 3 lutego 2015

ŚWIAT WEDŁUG BORSUKA

Musi mnie łączyć ze światem Borsuków jakieś metafizyczne powinowactwo, bo na tzw. zdrowy rozum wytłumaczyć się nie da, dlaczego wlaśnie Borsuki tak do mnie lgną, jakby chciały mi przekazać swoje przesłanie, którego moje prostactwo nie potrafi odczytać. A nie jest to domniemanie pozbawione podstaw chociażby dlatego, że są Borsuki dłużej na Ziemi niźli rodzaj ludzki. Ich rodowód bowiem zaczyna się przed 250 milionami lat, a więc bardzo daleko wcześniej, zanim wykreowany przez religijnych prestidigitatorów Jahwe zaczął robić porządki na tym padole wedle swojego widzimisie.

I oto, siedziałem sobie właśnie na progu mojej drewutni, księżyc odbijał się od jeziora i śniegu, więc książkę można było czytać, co już niewielu potrafi, i nagle pakuje się do mnie, nie zważając na nic, leśny nocny zwirz – czyli Borsuk. Przyznaję, że nie byłem przygotowany na taką wizytę, więc zachowałem się jak ostatni kretyn. Mimo to Borsuk z wyrozumiałością – a więc cnotą zapomnianą przez ludzi – okrążył jeszcze raz drewutnię dla mojego opamiętania, wydając przy tym dżwięki jak z koncertowego fagota i znowu się do mnie gramoli. I tu wstyd nie pozwala mi opisać mojej małodusznej  ignorancji...
Borsuk tedy – zapewne zniechęcony moją głupotą – w końcu sobie poszedł. Wyśledziłem jeszcze na śniegu jego ślady i uznałem, że miałem spotkanie trzeciego stopnia. I w takim nastroju  moja przygoda nie wydawała mi się warta dalszej troski.
Aliści idę za godzinę do Donnki, a tu taki obrazek: Donnka w przedsionku, a w stajence wymościł sobie w słomie legowisko mój Borsuk.
Boruto, przybywaj!



Zapaliłem tedy w stajence światło w takim zamiarze, że Borsuk, przecież nie w ciemię bity, zrozumie moją sytuację i taktownie się oddali do swojej Puszczy, w której ja mu nie robię żadnej konkurencji. Ale on spojrzał na mnie czule, zwinął sie jak kot, i nie zamierzał wykonać mojego zalecenia. Stanąłem więc na ten czas całkiem bezradny i wszelka inwencja faktycznie przeszła do Borsuka. A ten, z borsuczą godnością, przejął wspaniałomyślnie moją inicjatywę ustawodawczą i zaczął się gramolić do wyjścia, bo to noc właśnie nastała, a Borsuki nocą żyją. Ale i Donnka była ciekawa. I oto doszło w mojej obecności do zetknięcia się jej chrapek z borsuczym ryjkiem. Trwało to obwąchiwanie się dłuższą chwilę, a ja nie śmiałem ingerować w to misterium ponownego po tysiącleciach zaprzyjaźnienia. I gdyby nie to, że Donnka gwałtownie parsknęła, Borsuk nie byłby zmuszony do instynktownej reakcji,  tym bardziej zrozumiałej, że na mordce miał wyraźne rany od kłów i chodził na trzech łapach. No i dziabnął Borsuk Donnkę w chrapkę, bo to waleczna Istota – by za chwilę zniknąć w ciemnościach. I tu skończyły się żarty, albowiem takiego rozwoju zdarzeń nawet sam Franc Fiszer nie mógłby przewidzieć.


Ranka była wprawdzie bardzo mała, właściwie draśnięcie, ale otacza Borsuki taka fama, że przenoszą wściekliznę. Spanikowałem więc w trosce o zdrowie mojej klaczki. Póki co Borsuka jednak nie było widać, ale taką mam wredną naturę, że przejąłem się także jego losem. No i Borsuk odczytał telepatycznie właściwie moje myśli i znowu się pojawił grając na fagocie. Muzyka była to szczególna, bo zaledwie przed miesiącem pożegnałem nad Styksem Fagocistę z Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" im. Stanisława Hadyny, którego moje przebywanie na tym padole jakoś szczególnie uwierało. (Tedy stanął przy moim wyrku zaraz – albo wprzódy – po swojej kremacji, co opiszę w osobnym tekście). Trudno wszakże uwierzyć, że fagot Stanisława – który o Hadynie zawsze ciepło się wyrażał – tak nastroił puszczańskiego Borsuka, by ten przygrywał mi bezinteresownie w zastępstwie spopielonego na rachunek ZUS–u Stasia. Ale nie da się zaprzeczyć, że fagoty bliżej są nieśmiertelności aniżeli śląscy Fagociści.

Kiedy więc zapragnąłem złączyć cielesność z nieśmiertelnym Duchem i przystawiłem Borsukowi do ryjka naczynie z owsem, ten ruszył na mnie! Czy to była obraza, czy jakiś inny zamysł – trudno dociec. Pewna jest moja reakcja i relacja. – Otóż w kopnym śniegu, na tle księżycowej poświaty, ja, pozostający oficjalnie jeszcze przy zdrowych zmysłach, podskakiwałem w cyrkowych wygibasach w sromotnej ucieczce, żeby mnie tylko ten wysłannik puszczańskiej orkiestry nie pogryzł, co on niekoniecznie miał w intencji.
Tedy uruchomcie sobie teraz Państwo swoją filmową wyobraźnię, bo tu mi się kojarzy dzieło aaabsolutnie genialne, czyli "TANIEC WAMPIRÓW" Romana Polańskiego, jako że ta scena jest nie do podrobienia i tylko w tym filmie dlatego nie została nakręcona, bo proffessor – oprócz osikowego kołka i zbawiennego czosnku – nie miał żadnej wiedzy o tajemnej sile Borsuków!

Następnego dnia o poranku Borsuk – jakby nic się nie stało – spał sobie smacznie w stajni.
Tak więc, i mimo wszystko, konieczna była moja wraża decyzja, by szukać pomocy dla Donnki,  Borsuka i dla mnie u zielonych leśnych ludzików. Zadzwoniłem tedy do Waldka, Waldek zadzwonił do Wojciecha, i po dwóch godzinach nawiedził mnie leśny oddział szybkiego reagowania. Przywieziona została także przestronna klatka, bo dla osób postronnych nie ulegało wątpliwości, że czyny Borsuka są na tyle nietypowe lub szalone, że powinien on przejść kwarantannę. I tak, bez zbędnych ceregieli i przemocy, Borsuczek zamieszkał w klatce na dni piętnaście. Jutro (14 dnia lutego) mija ostatni dzień jego – ustawowo nakazanej – niewoli. 


I tu przychodzi na mnie powinność opisania mojego w tym czasie z Borsukiem bytowania. 
Przede wszystkim przeniosłem jego klatkę w zaciszne podcienie Domu. Ogaciłem klatkę z czterech stron słomą, a na spód dałem styropian. No i rozejrzałem się po mojej spiżarni. Konieczne się okazały dodatkowe zakupy! Zmieniłem także swój tryb życia na nocny, jako bardziej odpowiadający naturze Borsuka. 
Borsuk jest marnym łowcą i faktycznie je to, co mu do ryjka wpadnie. U mnie jadł: marchew, jajka, jabłka, kukurydzę, surowe serca kurze, fasolkę szparagową (uwielbia) i surowe ryby. Sam bym chciał mieć na codzień takie wyżywienie...

Wreszcie nadszedł upragniony dzień...





Po otwarciu klatki Borsuczek niespiesznie wygramolił się na wolność. Po rozpoznaniu najbliższego terenu wcale nie wyrwał do lasu. Zwyczjnie ukrył się za klatką.
W tym miejscu protokół zakończono, podpisano i przeniesiono do archiwum. Ewentualny ciąg dalszy nie będzie utajniony.

(Dopisane 14 lipca 2015).
Wciąż rozmyślam o moim Borsuczku, któremu nadałem imię Daksio! I on natychmiast to imię sobie przyswoił. Wystarczyło cicho go zawołać!... Wiem, że Daksio mnie odwiedza, ale rozmyślam także nad fenomenem jego ufności do mnie. Przecież Daksio musiał już wcześniej coś o mnie wiedzieć. Czy komuś się zdarzyło, że dziki jak najbardziej Borsuk chciał mu wskoczyć na kolana? Tedy taką mam hipotezę, że moje bytowanie w Bronnej Górze zmniejszyło tę straszliwą przepaść, która oddziela mnie od naszych Mniejszych Braci. 
Przychodzi do mnie wiele Zwierząt. Chcę, by czuły się u mnie bezpiecznie. Dlatego nie jest do zaakceptowania furia mordowania Zwierząt w parku narodowym! To tu ma być ta enklawa, ta czułość dla każdej roślinnej (prócz inwazyjnej olchy) i zwierzęcej Istoty?
Oto doszły do mnie słuchy, że WPN zaordynował planowe mordowanie Zwierząt w roku 2015! Wyznaczono limity:
27 jeleni !
20 saren !
50 dzików !
Póki co, mój Daksio nie znajduje się na tej liście!



                                                               rysowała Błotniaczka