BŁOTNE ABECADŁO

sobota, 31 grudnia 2011

DO SIEGO ROKU

Tak sobie dywaguję, że mam na tych błotniaczych stronach 6 (sześciu) czytelników.

Przynajmniej jeden z nich obserwuje moją działalność z prawdziwym znużeniem, bowiem żadnego mojego tekstu nie jest w stanie ten obywatel rozwikłać, co przepełnia moją duszę bolesnym współczuciem. Obowiązki zawodowe zmuszają go jednak do kultywowania czujności nabytej na odpowiednich kursach i pisania kwartalnych sprawozdań – co odpowiednie służby starają się równie nieudolnie sylabizować na pohybel piastowskim kreaturom, za nic mając marność swego żywota.
Trudna to i niewdzięczna praca, ale z czegoś trzeba żyć!

Drugi sylabizuje moje literki z wprawą wykształconego polonisty. Przecinki mi przestawia i szyk zdań odwraca. Tego nie śmiem podejrzewać o pracę na zlecenie, bowiem w istocie dobroduszny to osobnik jest.

Trzeci czyta i wciąż nie może się oswoić, że tę umiejętność posiadł w wystarczającym stopniu. Lękliwy więc jest i przeto mało przydatny do rewolucyjnych zadań.

Czwarty to ten, którego nierozważnie obśmiałem kiedyś z czułością. Tej zniewagi wybaczyć mi nie umie i duka, i ślęczy, i zwija się w patriotycznej męce, w przedśmiertnym grymasie, aby tylko nitkę jedną do zacerowania swej dziurawej skarpety schwytać!
Temu sprzyjam i czytanie powtórne w skupieniu zalecam.

Piąty czytelnik sprzyja mnie samemu i cieszy go celnie wypuszczona strzała.
Aliści strzała ta nie po to jest, by zabijać, jeno do bezinteresownej wymiany myśli skłonić!

Ten szósty wyrobnik – to ja sam!
Wprawdzie staram się czytać to, co sam dobrowolnie napiszę, ale wciąż podejrzewam siebie o najbardziej nikczemne inspiracje.

I tak sobie żyjemy.

P.S.
Wszystkim moim Czytelnikom, którzy w gościnie w Dziupli Błotniaka bywają, składam w Nowym Roku mój sarmacki pokłon i dobra wszelakiego życzę; także i tym, których moje teksty złoszczą: Od siego do siego roku!
Tyleż z nas, ile Rzeczpospolita nas potrzebuje!

środa, 16 listopada 2011

RECTE FACTI FECISSE MERCES EST

"Nagrodą za dobry czyn jest to, że się go dokonało" – powiadał Seneka Młodszy.
W Polsce, tej jeszcze Polsce, taka nagroda jest w głębokim poważaniu – co najwyżej spowoduje zniecierpliwione wzruszenie ramion i puknięcie się w czoło, jako znak postradania zmysłów i poczucia rzeczywistości.
Bowiem splendor, nie przystający do zasług, jest największym łupem, jakim można się poszczycić w "służeniu" Rzeczypospolitej.
A więc awanse, sarkofagi, medale, synekurki, odprawy, zapomogi dla równiejszych, niebotyczne dla normalnego śmiertelnika pensje... i ta postępująca ślepota – to atrybuty klasy, która lubi powtarzać, że w tak ciężkich warunkach realizuje narodowy mesjanizm (dla wybrańców).
Gdzieś obok trwa – jeszcze w milczeniu – skasowana klasa potomków Polan, której zagipsowano usta, na głowy nałożono worki po medialnej sieczce. Grają trąbki, pochylają się sztandary, z nieba zaczyna spadać ogień Apokalipsy i skrzydła samolotów.

A przecież tak jeszcze niedawno odbyliśmy w podniosłym nastroju obowiązkowe ćwiczenia ze zdolności przeżywania chwilowych patriotycznych uniesień. Okazało się, że bardziej zdolni jesteśmy opłakiwać ofiary nieszczęśliwego wypadku – zawinionego zespołem przyczyn złożonych, zwanych w skrócie nadmierną kawaleryjską fantazją – niźli utratę Rzeczypospolitej.
Ale jeśli rozbicie się prezydenckiego samolotu jest takim własnie "największym powojennym nieszczęściem", to już żadną miarą nie da się przywrócić właściwych proporcji między tzw. polską duszą, polskim sercem i rozumem. Toniemy bowiem w masie odpadków, które sami tworzymy.

W tej sytuacji, aby nie przedłużać własnej agonii,  opuszczeni dramatycznie przez elity – których wywyższenie przybrało wymiar tak niespodziewany także dla nich samych – umocnieni wiarą, że najlepiej wygląda nasza piastowska wspólnota na egzekwiach i paradach – wspomnijmy choć przez chwilę na ten grób skromny na Bródnie, w którym spoczywają doczesne szczątki Romana Dmowskiego. Daleko im przecież do splendoru truchła, które zajmuje miejsce w wawelskiej nekropolii. 

niedziela, 23 października 2011

poniedziałek, 17 października 2011

niedziela, 2 października 2011

NIEDŹWIADEK A SPRAWA POLSKA

Po zamordowaniu w roku 1980 Misia Kondrackiego przez bohaterskiego "strażnika" Tatrzańskiego Parku Narodowego Mariana Werona, który wpakował w Misia kilka kul i mimo to Kondracki zdołał uciec, by potem konać przez dwa dni — zamordowany w jesieni roku 2007 Niedźwiadek nie miał nawet takiej szansy. Bo przecież morderstwa dokonali zapewne bardziej wykształceni niż ów zbrodniczy kretyn rozzuchwaleni mołojcy. Odbył się ten tragiczny spektakl w dniu wyborczego przestawienia Polski na normalność, uzyskując miano symbolu. Nośność tego symbolu wydaje mi się na tyle znacząca,  że zakatowanie Niedźwiadka nie powinno odejść w mglistść, bowiem niektóre niedobitki Polan starają się odszukć – mimo wszystko – swoją tożsamość.

Bo przecież, mimo wielu prób dezinformacji w postaci fałszerskich artykułów — mających uzasadnić heroizm morderców —  nie udało się jednak zatrzymać w niebycie ostatecznej informacji o sposobie zakatowania (utopienia) Niedźwiadka w potoku. Mordercy mieli uraz opuszka palca (kobieta) i drobne otarcia naskórka — dość oczywiste "rany" dla osobników przytrzymujących głowę Niedźwiadka pod wodą kamienistego potoku i walących w tę głowę kamieniem.
Niedźwiadki rodzą się na przełomie stycznia i lutego, więc w najlepszym razie Misiek miał ok. 18 miesięcy, a to oznacza, że był dzieckiem, które najprawdopodobniej oddaliło się od matki, i tylko żałować należy, że ci nabuzowani kulturą dla debili mołojcy nie mieli możliwości spotkania z prawdziwym, rozjuszonym w dodatku obroną swego dziecka niedźwiedziem.

Na śniegu leżał różaniec. Oto ich modlitwa za Ojczyznę!


rysowała Błotniaczka

piątek, 30 września 2011

PIELGRZYMOWAĆ DO POLSKI

     Podobno siedem milionów pielgrzymów z kraju nazywanego: Poland, Pologne, Lechistan, Ubekistan, Polen, Polonia, Judeopolonia, PRL, Polsza, Priwislanskij Kraj etc. — rusza każdego roku na objazd świata po Chrystusowych śladach i ich emanacjach. Szlaki te znaczą wypalone autobusy i zwęglone ciała pielgrzymów. Na podobieństwo rycerzy średniowiecznej Europy chcemy dać świadectwo trwałości chrześcijańskiej wiary i naszego do niej przywiązania i — nie bacząc na koszty — opuszczamy naszą Ojczyznę na mechanicznych rumakach i w pątniczych szatach, w kurzu i trudzie, oderwani dramatycznie od telenoweli i komunikatu o stanie wód. Przy okazji obejrzymy sobie to i owo, czyli ciekawostki z folderów biur podróży — i nie tak już literalnie będzie nas ścigać poczucie zmarnowanego żywota.

      Nic to, że podczas naszej pielgrzymki Belzebub nawiedzi nasz dom i zrobi kupę na środku izby, ażeby nam zamieszkiwanie na naszej ojcowiźnie obrzydzić; nic to, że dopisze się do aktu notarialnego i wyciągnie z naszej szafy pachnące naftaliną suknie naszej babci, włoży surdut naszego dziadka, a na kończyny wszystkie nasze zegarki. Nic to, że płot nam się wali, dach przecieka, z zsypu cuchnie,  park narodowy zalewamy asfaltem, albo wycinamy w pień aleję mocarnych topoli na brzegu jeziora, których potrzebuje akurat szwagier Belzebuba. Nic to, że Belzebub utworzy następną partię, zawrze następną koalicję, bo nasza wiara w moc Belzebuba jest święta, czemu damy świadectwo i w następnych demonicznych wyborach. Nic to...

      Jak jednak można udawać się na krucjatę za  wodzem, nie umiejącym  nawet się utrzymać na koniu podczas zjazdu ze wzgórza, bez żadnego bitewnego doświadczenia i bez znajomości choćby znaków drogowych, które nawet dla potomków Piastów i Jagiellonów są wymysłem już zupełnie anachronicznym i dlatego nie zasługującym na uwagę, pomimo zawartych w nich informacji i ostrzeżeń.

      Uzasadnienie dla takich i innych wyborów odnaleźć możemy w zaniechaniu pielgrzymowania do Polski.
Tutaj, na rozstajach dróg i dylematów, wciąż czeka i trwa nasz świątkowy, umęczony i opuszczony Chrystus Frasobliwy. Pod prasłowiańskim zaś dębem, w bezimiennej mogile, spoczywa zapomniany Swarożyc.

4 sierpnia 2007

czwartek, 22 września 2011

POCHWAŁA GŁUPOTY

     Głupota, wiadomo, wiele ma imion. Nawet mędrcy pewnie też Głupoty są ofiarami i jej wdzięcznymi statystami. Kiedyś nawet napisałem felieton o nieśmiertelnym Głupku, którego zawsze mi jednak jakoś żal. Ale panuje też taka moda, ażeby Głupka strugać, bo wtedy, tak na wszelki wypadek, możemy się usprawiedliwić z wielu głupkowatych występków, mówiąc i mrugając oczkiem, że my to tylko Głupka przecież udawaliśmy.

     Wszakże dzieje POLSKIEJ GŁUPOTY — to zaiste opasła księga. Kiedy jednak Aleksander Bocheński chciał tę POLSKĄ GŁUPOTĘ jakoś usystematyzować, do jednego naczynia zebrać ku przestrodze i przemyśleniu dla potomnych, to zaraz naraził się na zarzut polakożercy i cynicznego oszczercy, pozostającego w służbie ciemnych sił.
I taki pan Gerwazy nie może już nawet się zachwycić poetycką sztuką translatorską Mieczysława Jastruna — który tak pięknie Rilkego spolszczył — bo zaraz mu powiedzą i podszepną katoliccy bojownicy, że ten Jastrun  ( i Rilke!) to przecież Żydzi!  I ten Jastrun — to krwawy „polakożerca",  co  zwyczajnie horrendalnym i nikczemnym jest kłamstwem! I zaraz pokażą panu Gerwazemu drzwi, bo w kupie, natchnionej kazaniami księdza Natanka, przywłaszczyli sobie właśnie Rzeczpospolitą. I w niej nie ma już miejsca dla samodzielnie myślących, bowiem nikt już — oprócz nich samych — nie ma prawa do zabierania głosu w Jej imieniu. Tak więc wymachują bezkarnie swymi wyliniałymi piórami, i złorzeczą każdemu, kto im na drodze stanie — pozostawiając za sobą spaloną ziemię.

     Taka Polska — to nie jest moja Polska!
W mojej Polsce, tej rozłożonej na białych płótnach wśród łąk nad Narwią, Wartą,  Bugiem i Wisłą, skupionej w Święto Kupały  wokół płonących wianków, przydrożnych pogańskich Chrystusów Frasobliwych, Polsce dobrej i wybaczającej, tkliwej i  wspaniałomyślnej,  szanującej groby nieprzyjaciół i broniącej każdej Istoty ludzkiej i zwierzęcej,  mężnej i rozumnej w obronie Ojczyzny — czuwa stary, zapomniany słowiański bóg Swarożyc, syn Swaroga — zwykłego kowala — a więc obdarzony tymi samymi wadami, co i my — ale i nie szukający usprawiedliwienia za własne zaniechania  u  wrogów prawdziwych i wyimaginowanych.

     Tedy na cóż może się nam przydać — w tak marnej codzienności — owo tak często przywoływane hasło, że własnego gniazda się nie kala,  gdy tak dotkliwie mija się ono cokolwiek z mniej znaną puentą, że "nie ten ptak gniazdo kala, co je kala, lecz ten, co mówić nie pozwala". Dlatego mamy wiele przykładów, że i w patriotycznej i katolickiej teatralnej retoryce tkwi ziarno zatrute, które niczym nie różni się od totalitarnych grymasów. Dlatego tyle swarów w rzekomej obronie polskiej godności, wywołuje  publicystyczna zamiana polskości na polactwo — chociaż w polactwie chce się tylko zmieścić i opisać stan świadomości, która  ku zagładzie polskości zmierza. Tak więc  jakże  pospolicie głuptacko brzmi postulat polactwa, by tym, którzy starają się zdefiniować to pojęcie, znaleźć i opisać przyczyny upadku idei  polskości — odbierać polskie obywatelstwo. I tutaj niewiedza skojarzona z arogancją pomija ten błahy fakt, że na czele takiej listy proskrypcyjnej musiałby spoczywać sam Cyprian Kamil Norwid, który przecież także istnienia polactwa nie negował. A jeszcze i wielu wybitnych Polan, którzy swoje przestrogi dla Polski  już drzewiej literkom bezbronnym powierzyli, choć statystyczny tubylec woli trwonić swe życie w karczmie, aniżeli w bibliotece.
Ale po cóż oni nam! Oni przecież już umarli — a więc są nieobecni, czyli racji nie mają.

     Kiedy więc usiłujemy — mimo wszystko i na przekór — w pokorze i pochyleniu odczytać tabliczki z zatartym pismem, odtworzyć te spalone kartki z warszawskich bibliotek, które zmieszały się z gliniastą grobową pleśnią , wejrzeć w odkopywaną twarz Swarożyca — to już nic nie powstrzyma inwazji Robactwa na tę naszą część pleców, która właśnie straciła swą szlachetną nazwę.

     Dlatego, Polaku, strzeż się wszelkich liter!

wtorek, 20 września 2011

KRÓTKI KURS PILOTAŻU

     Wieloletni pretorianin sekretarza KC PZPR Króla, Stanisław Janecki — raczej frankistowskiej proweniencji — wypchnięty do siedzenia w kabinie pierwszego pilota,  jednak bez możliwości samodzielnego startu i lądowania, gdyż wolant znajduje się w tylnej kabinie tego płatowca, gdzie siedzi sobie jak dawniej towarzysz sekretarz po podstawowym kursie pilotażu w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu — zaczyna uchodzić za autorytet dziennikarskiej rzetelności i kanon celnego języka. Obwieścił tę rewelację sam premier Rzeczypospolitej Jarosław I Sprawiedliwy,  wkładając Janeckiego na "najwyższą półkę", a co za tym idzie, doceniając kunszt pilotażu jego szefa, uwłaszczonego na tygodniku "Wprost". 

      Tak się tą nominacją premiera wzruszyłem, tak w jego magiczne zaklęcie uwierzyłem, że niedaleki, musi, jest czas, gdy kolejni premierzy pić będą i z mojego dzioba słodycz wszelakich zatrutych eliksirów, a i nasze półkowe życie — marginalnych internetowych publicystów — wszystkimi kolorami tęczy mienić się będzie, znajdując na pierwszych stronach gazet i w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości swoje duchowe spełnienie.
Dzisiaj Belzebub przebrany za Piotra Skargę dopełnia puchary uczestnikom tego przyjęcia. Doprawdy, szykuje się grecka tragedia nad jeziorem Gopło.

      Tym razem, już w pierwszym akcie, wywyższony do godności Króla Popiel, zeżre nam nawet wszystkie myszy. Czy to jednak wypada zaglądać Belzebubowi w spodnie podczas zmiany garnituru?

30 lipca 2007

poniedziałek, 19 września 2011

ZNAKI OBJAŚNIAJĄCE

     Tak mi się przypomniało, trochę gwoli swawoli, moje niegdysiejsze nocowanie na szczycie Połoniny Wetlińskiej w Bieszczadach.

     Otóż było nas trzech wędrowców: Władek, Jerzy i ja. I była jeszcze koza Dulcinea, rasy polskiej nizinnej, obładowana ciężkimi — jak dla konia — sakwami, które dla tego naszego koziego rumaka przygotował Jerzy.
Miało się już ku wieczorowi i znużeni szukaliśmy miejsca na nocleg. Chmurki szybowały sobie pod nami w postaci różnych zwierzątek, ale i kobaltowe chmury czaiły się już w oddali. Już wyżej wejść się nie dało. Z Niebios dały się słyszeć odległe grzmoty. Wiatr zaczął uginać trawy i brusznice. Ciemności przesłoniły bieszczadzką ziemię w biblijnym kontekście. Nie mieliśmy wyboru.

     Namiot zaczęliśmy ustawiać tuż obok ścieżki, nieopodal słupa z jakimiś tabliczkami, na których  ledwie widoczne były  tajemne znaki, albo może i pismo klinowe. Wprawdzie ktoś z nas chciał ten słup obejrzeć, ale został zakrzyczany przez dwuosobową większość. Ledwie żeśmy się ukryli pod płótnem — zaczęła się nawałnica. Dulcinea, wystraszona bezmiernie, pobekiwała w utrapieniu i służyła nam za zagłówek.
Pioruny biły tak, że gacie nam poczerniały od spalenizny. Władek zaczął wyrzucać z namiotu wszystko, co było metalowe.
Poszedł precz nóż, siekierka, zegarki kosztowne, grzebyk, kubki, maszynka spirytusowa, klucze do domu, sygnet pradzadka, monety z orłem bez korony, amalgamat w zębie trzonowym, radio tranzystorowe,  i ... i tu Władek zaczął wywracać nasze plecaki w poszukiwaniu dalszych metalowych zdobyczy.

     I nastała cisza między piorunami, bo Jerzy, nabijając w spokoju fajkę, rzekł do Władka.
     — Władek, a namiotowe słupki?
I padł Władek na Połoninę Wetlińską, chroniony przed gniewem Boga cienkim płótnem namiotu.
Rankiem ktoś z nas udał się do owego słupa, aby odczytać te napisy na deseczkach. Tam, w centralnym miejscu wśród drogowskazów, pysznił się szczególnie wyraźny napis:
UWAGA!
NIEBEZPIECZEŃSTWO PIORUNÓW!

     Może ta opowiastka skojarzy się komuś i będzie mógł uwierzyć, że zawsze otrzymujemy znaki, ale nie zawsze chce się nam je odczytać. Albo zwyczajnie brakuje nam tchu, wiedzy i determinacji. O wyczuleniu na bogactwo dojmujące języka polskiego nie wspomnę. Bowiem nie da się wygrać narodowej melodii na tak haniebnie nastrojonym instrumencie, jakim dysponują rzeczywiści grabarze Rzeczypospolitej — ten chórek wyśpiewujący wrzaskliwie swój DIES IRAE,  przy akompaniamencie  ruchów przepony Belzebuba.

sobota, 17 września 2011

STACJA PŁASZÓW

Jak doniosły chyba wszystkie agencje informacyjne na świecie — w dniu poprzedzającym uroczystości rocznicowe, w marcu roku 2010 — na terenie dawnego obozu w Płaszowie dokonano bluźnierczego sprofanowania pomnika upamiętniającego tamte tragiczne wydarzenia.
Otóż w takiej suchej notatce jest miejsce na kilka szczegółów. Aby je opisać, trzeba sięgnąć do oryginałów: Oto te niezdarne literki, które wraża ręka wysprejowała na pomniku!

JUDE RAUS FROM POLAND
JUDDE RAUS
ICENY DO IZRAEL
PEJSIARZE
JEBAĆ ŻYDÓW

Już pobieżna ekspertyza mentalna i grafologiczna pozwala wykluć się przypuszczeniu, że wysłanników Belzebuba było przynajmniej dwóch. Analiza językowa dostarcza więcej informacji.
A to:

JUDE RAUS FROM POLAND
Napis ten skierowany jest wyraźnie do tzw. opinii publicznej w "rozwiniętych krajach demokratycznych". Przekaz jasny i prosty, bo nie wymagający tłumaczenia. Wszakże czas nagli.  (Ciekawa jest też ta niemiecko-angielska mieszanka językowa.) Dziennikarze czekają na materiał. Muzeum Holocaustu przygotowuje specjalne oświadczenie.
JUDDE RAUS
Ten błąd w słowie JUDE może symbolizować językową anemię Polaków. Możliwe jednak, że jeden z zamieszkujących polskie ziemie grafomanów — wynajętych do wykonania tego zadania — niezbyt dokładnie zapamiętał konspekt scenariusza.
HITLER GOOD
Jak w haśle pierwszym.
ICENY DO IZRAEL
No, tutaj to już duża wpadka! To mógł tylko napisać ktoś, komu mowa polska jest najzupełniej obca. Biedaczek źle zapamiętał hasło: ICKI DO IZRAELA.
PEJSIARZE
JEBAĆ ŻYDÓW
Te napisy tchną czystą knajacką polszczyzną, a więc mniemam, że ten twórca osłuchany jest z nią na co dzień. Do jakiej narodowości on się skrycie przyznaje — to temat na osobną dysertację. Wszakże trudno jest uwierzyć, że wzięto sobie do pomocy etnicznego Polaka.

Tak więc ta nieudolna prowokacja jest zapewne tylko "ćwiczeniem w terenie" dla organizowanego w Polsce wycia prześladowanych Żydów.
I znowu, na krwi i nieszczęściu tych najbardziej Bogu ducha winnych ludzkich stworzeń — których odłamki czaszek znajdowałem na bródnowskim kirkucie — chce się posiać zatrute ziarno. Znowu Srule i Rywki mają służyć za nawóz dla czarodziejskich ogrodów białych bankierskich mankietów i politycznych żonglerów, w których cylindrach gotują się do zniszczeń wciąż ci sami Jeźdzcy Apokalipsy.
Chazaria i Żydzi w śmiertelnym starciu?

Stacja Płaszów!
Wysiadać!

16 marca 2010

czwartek, 15 września 2011

PROROCTWO

     Wśród zasług wszelakich Jerzego Turowicza — dość skrzętnie opisywanych — jedna pomijana jest z niewdzięczną małością. Jest to otóż prorocza wizja, że Andrzej Lepper to jest facet, którego miejsce jest w kryminale. Proroctwo to zdawało się trudne do spełnienia, ale widocznie miało w sobie taką wewnętrzną siłę, że natchnęło Robactwo do niezwłocznego działania. Tak więc wśród epitetów w rodzaju: "tandetny szarlatan", "chytry kmieć", "wynaturzony klon Wałęsy" — które to porównania zaczął wymyślać niezależny duchowo pisarz polski Jerzy Pilch — rozpoczął się proces czarownic, których wdzięki zdeprawowały niestety znaczącą część elektoratu. Trzeba więc było ratować Polskę i zagubionych Polan przed nimi samymi.

     Do tego chórku rozsierdzonych strażników polańskiej tożsamości, zaczęli dopisywać się nawet nieskazitelni dotąd tragarze moralnej solidarnościowej czystości, uwiedzeni krętactwami umiłowanych braci Kaczyńskich. Teraz to już Lepper miał przechlapane i wiadomo było, że zostanie skazany przynajmniej na galery w jakimś tropikalnym raju podatkowym, gdzie transferują swoje zyski łupiący Polan macherzy. Sądowa farsa potrzebna była li tylko dla dopełnienia uroczystości pogrzebowych, gdzie wielu starało się o status mistrza ceremonii, aby wykazać przed Belzebubem swoją względem niego dyspozycyjność. Naturalnie zgodnie z demo-kratycznymi standardami, których proroctwo Jerzego Turowicza — starającego się uchronić Polskę przed unicestwieniem — zdaje się wizjonerskim symbolem. Jednakże, na wypadek nieprzewidzianych trudności w realizacji takiego scenariusza, przygotowany został dla Andrzeja Leppera — piórem jednego z wziętych publicystów (niechaj jego imię będzie zapomniane) — także i dół z wapnem.

     Tak więc niezłomna polska Nike otrzymała (chwilowo, tuszę) życiorys molestowanej kurwy. A ta niewiasta zamiast rzekomo owłosionych pleców Leppera, ma teraz do dyspozycji swój włochaty zadek!

     Jakże trudno — i bez widoków na wdzięczność — być prorokiem we własnym kraju. A wszystkiemu winien jest najzwyklejszy brak językowej wyobraźni w polskiej — tej dopuszczonej do głosu — publicystyce,  gdy śmiałe proroctwo staje się sentencją kapturowego wyroku.

16 lutego 2010

sobota, 10 września 2011

SCENY DZIECIĘCE

     Każda rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, wywołuje nadprzyrodzoną skłonność do publicznego świętowania tej największej w naszej Historii klęski — jakoś jednak nikt nie chce świętować daty kapitulacji!
     Gdybyż to było pochylenie się w bólu i milczeniu nad losem spalonego miasta i jego mieszkańców, a więc marsz pokutny — bo ci, którzy dzisiaj zasiedlają Warszawę, dorżnęli rannych powstańców, zamordowali powtórnie tych chłopców i dziewczęta idących na całopalenie. Ale nie, nawet prezydent Kaczyński postanowił jakiś ślad po sobie zostawić i na wdzięczność tubylców zasłużyć. Bo kto nie będzie się cieszyć z wolnego dnia w środku tygodnia lub w piątek, albo w poniedziałek?

     Fetowanie tak tragicznych wydarzeń w ten sposób ma i ten wymiar, że w dobie odtwarzania w artystycznej inscenizacji minionych wydarzeń, dymy z grillów poustawianych w podwarszawskich miejscowościach rzeczywiście przesłonią Warszawę.
Jeśli zaś ktoś chce powiedzieć, że najbardziej tragiczne z polskich powstań ocaliło polskiego ducha i polszczyznę, to wykładnią tej szokującej bredni jest chociażby to, że tej straszliwej wyrwy do dzisiaj nie udało się zasypać — bo przecież wystarczy się przyjrzeć internetowym konwulsjom znikającego plemienia Polan.  Dlatego właśnie, gdy rozumu nie staje, patriotyczne ludojady muszą się dokarmiać krwią. Cudzą naturalnie!
     Ta duma, że inni zginęli, by rzekomo ratować naszą tożsamość, należy — wedle mnie — do najbardziej zbrodniczych pomysłów na dekowanie własnego tyłka na tyłach!

     Powstać z kolan powstaniem — to teza co i rusz afirmowana w stanach duchowej klęski. Jak nam myśli braknie, to zaraz chcemy chwytać za osadzoną na sztorc kosę lub karabin bez naboi, aby samozniszczeniu nadać cechy patriotyczne. I przy okazji migają nam co najwyżej jakieś zamglone obrazki Grottgera, Kościuszko na Rynku w Krakowie, lub słyszymy tupot nóg zdyszanych podchorążych biegnących  Agrykolą — zdolnych do mordowania własnych generałów, ale zupełnie pozbawionych politycznej wyobraźni. Tak więc podnieść zanik tradycji obowiązku ustawicznej pracy umysłowej do roli powstańczego fajerwerku — o, to jest dopiero cnota prawdziwego polskiego patrioty! To zaś, żeśmy w ostatnich latach na lep dali się złapać paru świecidełek i pustych symboli , żeśmy wyrzekli się dobrowolnie własnej przeszłości, sprofanowali groby i pamięć tych wszystkich, którzy ginęli za Ojczyznę nie w wirtualnej przestrzeni — tego nie wypada nam przecież przyznać, szczególnie dlatego, bo jesteśmy podobno bardzo katolickim narodem, przywiązanym do polskich katolickich wartości. No, i te pretensje do bolszewików, że stali za Wisłą i nie chcieli  na nasze żądanie grać w rosyjską ruletkę — to zaiste szczególny obraz patriotycznego zniewolenia politycznej myśli.

     A przecież nawet Bora-Komorowskiego dręczyły wyrzuty sumienia. A co mówił o Powstaniu Warszawskim generał Anders, Kisiel, Cat Mackiewicz, czy chociażby współzałożyciel NSZ  Zbigniew Stypułkowski, który w Powstaniu jednak udział wziął, chociaż tej daremnej manifestacji był przeciwny? Czy ich także pospolici internetowi gdakacze powieszą na szubienicy z odpowiednią haniebną tabliczką na piersiach, obsmarują mianem "polakożercy"? — A gdzie pogrzebano rozpacz cywilnej ludności Warszawy? Ta hekatomba jest jakoś wstydliwie w powstaniowej bohaterszczyźnie przemilczana.
     Tym bardziej więc mnie zadziwia kunktatorska pozycja generała Sosnkowskiego, który niby był Powstaniu przeciwny, ale na wszelki wypadek odżegnał się od wszelkiej odpowiedzialności. I nawet po latach nie chciał na ten temat rozmawiać...

     I tak wciąż ktoś chce się uwiarygodnić na popiołach. I popioły na zysk nie tylko w brzęczącej monecie przemienić. A to Żydzi na swych ofiarach, którym w swoim czasie żadnej pomocy udzielić nie chcieli, mając inne względem nich zamiary, a to plemię tubylcze, którego rodowodu nie sposób rozwikłać!
     Pewne jest tylko, że na wypadek tumultu w Warszawie, powinni Polanie wiedzieć, czym się to skończy. "Porządek panuje w Warszawie" — tylko takiego meldunku będą oczekiwały ościenne kraje.
Tymczasem do patriotycznego krwawego zrywu poprowadzi Polan rabin Beer Meisels — nawet położy się krzyżem w kościele; baron Kronenberg da Polanom pieniądze na broń, by potem  za ten patriotyczny czyn dostać od cara order. Uwiarygodniony na emigracji wydawaniem "antyreżymowego" pisma student, też przypadkowo pochodzący z uciskanej przez stulecia mniejszości, powróci do kraju, by pokierować telewizją. W wyniku tej akcji przejdzie w ręce uciskanej tak niemiłosiernie mniejszości — przez najbliższe dwadzieścia lat — osiemdziesiąt procent polskich majątków, zasekwestrowanych przez carat po upadku Powstania Styczniowego.

Poległo 38.000, powieszono 1468, wywieziono na Sybir 18.682, wygnano za Ural 3378, przesiedlono do Rosji 2.416, zamordowano w śledztwach 620, zaocznie skazano na śmierć 7.000.

     Tej lekcji żaden z bohaterskich przywódców Powstania Warszawskiego sobie nie przyswoił i żaden z honorem dla przykładu nie zginął. Mieli za to aż tyle wyobraźni i wojskowej wiedzy, by kazać tym chłopcom, dziewczętom i dzieciom zdobywać gołymi rękami broń na wrogu — bowiem wiele broni już wcześniej zapobiegliwie z Warszawy się pozbyli. Sami zaś korzystali z ochrony Najświętszej Panienki, nie wychylając nosa ze swych sztabów. Nawet jakże perfidnie zaplanowali tę "Godzinę W" — bo wtedy ruch na ulicach był największy! Oto skutki wezwania Piotra Skargi do pokuty!

     A więc do dzieła, panowie bracia — kosy na sztorc i łby sobie poucinać!

P.S. 1
Tekst ten dedykuję panu Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, autorowi książki pt. "Kinderszenen".
Autorowi, którego lubię od lat i szanuję, ale nie pochwalam jego obecnych politycznych wyborów. A przecież Jarosław Marek Rymkiewicz powinien mieć w pamięci swój  nieudany literacki eksperyment sprzed lat, gdy Adasia Michnika uczynił swoją muzą!

P.S. 2
Felieton ten powstał ze skrawków różnych moich tekstów o Powstaniu Warszawskim, publikowanych w minionych latach w Internecie.




poniedziałek, 5 września 2011

PÓŹNE WNUKI MARKA JANDOŁOWICZA

     Utarło się przekonanie, że konfederację barską niosła jakaś szczególnie przydatna Rzplitej wiara w bożą przychylność. Tymczasem konfederacja ta to sztandarowy przykład, jak przy pomocy zabobonu i ciemnej magii, czyli dość wyrazistych swoistych religijnych uniesień — przy jednoczesnym braku politycznego programu i politycznego rozumu — można uczynić szkodę Rzeczypospolitej. I to szkodę nie do naprawienia!

     Ów karmelita Marek, zły duch konfederatów, ma i dzisiaj swoich wyznawców! Ażeby wyobrazić sobie, czym to się skończy dla kadłubowej obecnie RP — nie trzeba sięgać do proroczych  snów i objawień. Chrześcijański sabat (szabat) w polskiej Gajówce pod nieobecność gajowego Maruchy — daje występy! Na tym bowiem rzekomo lucyferycznym sejmiku, podejmuje się ważkie decyzje: Ano — kto Polakiem jest, a kto zaszczytu bycia Polakiem nie jest godzien. Kto ma prawo do odwiedzania Gajówki, a kto zostanie poszczuty wychowankami Belzebuba! Kto jest poetą, twórcą — a kto nie ma prawa do takiej tożsamości, bo przecież "nie ma nic do powiedzenia". Bo też w istocie jest dzisiaj tak, że łatwiej coś napisać niźli przeczytać z bezinteresowną intencją. Więc nawet tego, co sami napiszą — nie czytają, co poniektórzy podają jako cnotę!
Bo oto znów mamy całe zastępy uzurpatorskich (chrześcijańskich) klonów, które napadły na Rzplitą i przeżuwają jej resztki! Znów Rzplita musi się borykać z administracją Belzebuba, która jest w mocy wkładać tylko swoim wybrańcom laur na głowę. I publiczność, katolicka jak najbardziej, "klaskaniem mając obrzękłe prawice", szuka swego zagubionego Ducha nie w Polszcze, jeno we flaszce zatopionej w oczyszczalni ścieków, w której zamknięty jest on od stuleci.

     Ażeby więc ciebie, Wędrowca, spotwarzyć — nie cofną się przed każdym pomówieniem! Włożą ci w usta epitety, które sami na co dzień używają. Powiedzą ci, że jesteś  "pseudo-poetą", wykazując przy tym własne znawstwo oraz poetyckie dokonania, i poradzą ci — używając swego wymiennego zestawu błazeńskich min, jako że łatwiej jest zostać błaznem niźli Stańczykiem — abyś jakąś książkę wziął do ręki i "nauczył się myśleć"! Kiedy im odpowiesz, żeby się nie martwili, bo przeczytałeś w swoim życiu już dwie książki, a teraz nawet czytasz trzecią — zamilkną i przeniosą swoje ogony do innej izby polskiej Gajówki. Tam, już całkiem bezsilnie, zaczną twoje  nazwisko przekręcać na wszelkie możliwe sposoby, chcąc w ten sposób znieważyć i odebrać ci pamięć o twoich Przodkach. Zaś własną ignorancję zawsze usprawiedliwią wszechmocną hasbarą! I nie przyjdzie im do łbów, że są tej hasbary czystą emanacją i produktem!

     Tak więc od nich też się dowiesz, że "wyzwiska" to twój główny oręż w próbach znalezienia kontaktu z Wiecznością i, przy okazji, z potomkami Polan — chociaż ich głównym środkiem wyrazu jest odmieniane przez wszystkie przypadki "plucie", albo manifesty mające językową i polemiczną indolencję podnieść do rangi szczególnie nawiedzonej bożej interwencji w dziele naprawy Rzeczypospolitej. "Bełkot, brak inteligencji, manipulacja, obłuda, szubrawiec, idiota, gnojek, karierowicz," itd., itp., itd.,  — to są te myślowe szczudła, na których sobie łażą niefrasobliwie i bezrefleksyjnie, licząc jedynie na impet epitetów. A i jeszcze do rękoczynów i gróźb się rwą... Kiedy zaś przywołasz doktora Dolittle, ażeby w ten sposób przypomnieć pewną frazę z felietonów Jana Tadeusza Stanisławskiego, dadzą się bez oporu wprowadzić w maliny, bo pycha ich zaślepia, więc też nie mogą sobie przypomnieć — bo i jak, skoro tych opowieści w swoim czasie przeczytać nie zdążyli — że doktor Dolittle nigdy taką frazą się nie posługiwał. I ten lapsus oddaje dobitnie ducha dyskursu pokazując symbolicznie, jakich  naukowych narzędzi nam w tej operacji trzeba. No i ten sławny i bogaty w znaczenia zarzut "przerostu formy nad treścią" — sprowadza każdy dyskurs do polskiego piekiełka, bo przecież może istnieć treść bez formy albo forma bez treści, co nawiedzeni katolickim duchem buchalterzy starają się wyliczyć w procentach. A w tym polskim piekle wiadomo: diabły nie muszą się męczyć  nauką polskiego języka, bo rzekomy potomek Polan skwapliwie je wyręczy, wypowiadając przy okazji czysto po polsku i sakramentalnie: "Intencje są jasne gołym okiem".

   Henryk Sienkiewicz, chcąc scharakteryzować oszczędnie główne nurty pisarstwa Przybyszewskiego, wynalazł sformułowanie: Ruja i porubstwo. Ta publicystyczna figura retoryczna zrobiła swoistą karierę i Przybyszewski w odwecie mógł wypić tylko atrament z własnego kałamarza.
Aliści w naszych złowieszczych czasach, okazuje się  nie po raz pierwszy, że poszukiwanie prawdy o polskim losie zastrzeżone jest dla producentów słowa skupionych w różnych ferajnach. A każda ferajna dba tylko o własny interes i dobre samopoczucie. Dlatego dla tych, którzy nie są członkami żadnej ferajny, wprowadza się wiele ograniczeń w ich własnym interesie, bowiem dla poszukiwaczy to maniactwo przyczyną może być wielu nieszczęść. Czyż więc należy się dziwić, że boża przychylność dla Polski już dawno się wyczerpała? Chrześcijański Bóg, tak osamotniony, też ma prawo poczuć się znużonym.

     W tej sytuacji Polska powinna poszukać łaski uwagi u słowiańskiego boga Swarożyca!

P.S.
 "Łotry i głupcy bywają dla siebie wzajemnie pobłażliwi, lecz gdy zjawi się człowiek o rzeczywistym talencie, rozumie, odwadze i prawości — natychmiast powstają przeciwko niemu, i jeśli nie mogą ściągmąć go w dół, to przynajmniej próbują oczernić jego charakter, zamordować reputację. (Jonathan Swift — "Podróże Guliwera").
A kiedy zmielą już wszystko na miazgę, zaczną powtórnie spożywać owoce swych duchowych wzdęć, ciągnąc w nieładzie po pustynnych piaskach swój zbutwiały oręż z anielskich piór. Procesja nielotów!...


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

MIĘDZY ZIEMNIAKIEM A CIEMNIAKIEM

Już to kiedyś sam Kisiel prostował, że on w swym słynnym tekście ziemniaka przywołał, ale chochlik drukarski, lub też zamierzona wywrotowa działalność zecera, zamieniła ziemniaka na ciemniaka. I tak poszła w lud ta "dyktatura ciemniaka", powodując w dodatku obrazę ówczesnej władzy. Na nic się te protesty zdały i Kisiel musiał odpokutować czyjeś nikczemne winy. A i to trzeba jeszcze dodać, że symbol ziemniaka bardziej literacko jest pojemny, aniżeli nawet prostoduszny ciemniak, wstydzący się swego ziemniaczanego rodowodu. Tak więc "DYKTATURA ZIEMNIAKÓW" czystą poezją jest i basta!

Zachodzę tedy w mój prostacki ptasi łeb, z jakiego to bezinteresownego powodu czcigodny pan Krzysztof Wyszkowski, którego z atencją przywoływałem kilka razy w moich tekstach, szukając epitetu, tak niemiłosiernie postanowił rozbudować znaczenie nazwiska przywódcy Samoobrony, leżącego przecież teraz bez dychu: "Lepperowcy, lepperiada, lepperowski uśmieszek na lepperowskiej gębie" itd. ("Lepperowcy z TVN i GW" - artykuł pomieszczony na: www.iskry.pl).
Przecież to nie żadne literówki, które mogą się zdarzyć w internetowym pisaniu. Najwyraźniej pan Krzysztof woli pisać o tak wrzaskliwie zainscenizowanych zboczeniach seksualnych Leppera i jego drużyny, imputując mu misternie przy okazji niewinne pedofilstwo na przykładzie germańsko-żydowskim w okolicach rozporka Cohn-Bendita — aniżeli o przecudnych piersiach polskiej Nike. Pozostaje jeszcze włożyć Lepperowi wiadro na głowę, owinąć mu wokół szyi słomiany powróz i w inteligenckim zapale zakopać go po pas na polu, ażeby mieć z nim łatwiejszy kontakt i strachom na wróble towarzystwa przydać. Bo, jako żywo, za Jakuba Szelę trzeba wziąć odwet.

Nie sposób mi jednak nie zauważyć na marginesie, że te tak nagłośnione rozkosze cielesne, jeśli nawet rzekome, sprowadziły Rzplitą na drogę odnowy moralnej w myśl zaleceń właśnie "GW " oraz stacji TVN z polską flagą w gównie.

Męczennikiem jest więc Lepper. Ot co!

A wszystko to piszę nie dlatego, że owies zacząłem żreć z jakimś szczególnym upodobaniem, ale w złudnej zapewne nadziei, iż ostatnie godne zaufania autorytety nie dadzą się skusić zniewalającemu urokowi tak banalnie przemijających ziemskich urzędów i szmacianych kukiełek z pierwszych stron gazet. Bywało że i ziemniak potrafił być solą polskiej ziemi.

10 maja 2008

czwartek, 30 czerwca 2011

KILKA UWAG O KURNIKU MISTRZA MICHALKIEWICZA

      Jak powiada stare ludowe przysłowie, nawet ślepej kurze zdarzy się dziobnąć w ziarno. No, bo przecież cały czas tylko kura chodzi i dziobie gdzie popadnie, więc na przemyślenie sensu swego dziobania nie ma czasu.
Nad tym dramatem ślepych kur pochylam się czasem z chrześcijańskim miłosierdziem i szekspirowską swadą... no, niech tam będzie - michalkiewiczowską...
       Ta akceptacja dobroci jako zasady trochę mnie wykoślawia gdy zauważam, że kura podczas tych czynności zaraz też napastliwie obwieszcza, że oto właśnie znalazła metodę na puste dziobanie, które przyniesie więcej pożytku nie tylko sprawom publicznym, ale i sztukę kalekiego dotąd felietonu w internetowej przestrzeni na wyższy poziom wprowadzi. Ja wprawdzie już dawno takie lekcje martwego języka odbierałem, ale, myślę sobie, trafiłem widać na kurę intelektualistkę albo jakiegoś belfra, którym widać nie dane było zaznać przeżywania bezinteresownej uwagi w próbie dotknięcia Wieczności.
       Aliści wykształciła w sobie ta kura szczególny zmysł krytyczny. Ona otóż wie jak pisać, jak malować, jak komponować, etc.... Ona to naprawdę wszystko wie, choć w tak oszczędnych słowach to ogłasza — tylko sama z tej swojej wiedzy nie potrafi skorzystać. I to ją naturalnie boli, bo kura ma swoje ambicje. Dlatego złorzeczy obcym pisarczykom i pacykarzom — którzy jednak w inny sposób podejmują ryzykowną grę z Wiecznością — bo dobrze się czuje tylko w podobnym sobie towarzystwie.
       Wprawdzie stary Goethe już powiadał, że talent stanowi tylko marne dziesięć procent twórczej realizacji natchnienia, zaś resztę wypełnia zwykła praca, lecz trudno zaprzeczyć, że bez tych dziesięciu procent żaden Duch nad martwe wody się nie uniesie.
       I w tym szczególe tkwi zapewne główna przyczyna upadku Kurnika pod prokuratorskim nadzorem. Sam Michalkiewicz już dawno machnął na Kurnik ręką, przywiedziony do przytomności taką to iluminacją, że z tego kurnikowego gdakania żaden zaczyn umysłowej filantropii zrodzić się nie może. I tylko zadziwienie we mnie wzbiera, czemu co jakiś czas pojawia się w Kurniku jakiś straceniec, który chciałby dać świadectwo, że nie aprobuje zasady wedle której tak wspaniałomyślnie przerabiamy Zenona z Kition na pana Zenka z Kitu.

Ponoć fałszywy przyjaciel i sojusznik gorszy jest od wroga walczącego z otwartą przyłbicą. A takich rycerzyków ma Rzeczpospolita dostatek!

piątek, 24 czerwca 2011

Z POLSKI DO ROSJI I Z POWROTEM

Mój felietonik "PRZEPIS NA MYDŁO" został przetłumaczony na bukwy przez Władimira Dworeckiego, poprzedzony przedmową i zamieszczony na jego blogu: http://dtzkyyy.livejournal.com

 -277. Растворимое мыло

Я не далее как сегодня общался на форуме одного популярного среди поляков блога с очень интересным профилем, во многом сформированным за несколько лет его автором, скрывающимся под псевдонимом "егерь Маруха".

Форум откровенно публицистический, но тем, собственно, он и интересен "психиатру на покое", профессиональную деятельность которого тоже можно свести к протопублицистике. Блог публикует хорошо аргументированные статьи, основанные не столько на историческом и мифологическом материале, сколько на материале современном.

"Демократический" вопрос в Польше стоит, как бы не показалось это надуманным, более остро, чем у нас, поэтому мне читать материалы блога интересно как своеобразную проекцию отечественной новейшей истории, развивайся она по гайдаровскому сценарию, не прерванному (частично) в 2000 году. Материалы блога сдобрены изрядной долей небанального польского юмора и ядовитого сарказма, и общий тон реплик хозяина блога, как и отборной команды его постоянных комментаторов кажется мне вполне позитивным при всей отчаянности нынешнего положения поляков. Боевая команда участников блога на удивление доброжелательно и с большим интересом относится к России и русским, к Белоруссии в лукашенковской версии, сочувствует КАДДАФИ, высмеивает Евроколхоз, живого места не оставляет от правящей польской компрадорской элиты, при этом критикует современную польскую церковную иерархию (не исключая покойного папы-поляка), сдавшую все рубежи на Втором Ватиканском соборе, при этом как хозяин блога, так и большинство его комментаторов являются католиками - дособорниками или седевакантистами (от лат. sede vacantis - "пустой престол").

Словом, названные поляки ярко описывают ситуацию, в которой сами оказались после ухода из советского лагеря под Америку, к которой относятся с плохо скрываемыми ненавистью и презрением. Вот там-то сегодня я и обраружил один комментарий, который захотелось перевести читателям своего блога. Спросил у автора разрешения. Автор не только не возражал, но и просил передать  привет России и русским.

Что я и делаю.

Как можно предположить - и Вы не ошибетесь - беседы с поляками доставляют мне почти профессиональное удовольствие, поскольку под одними и теми же словами и оборотами мы подразумеваем часто разное, а иногда и противоположное. Тем интереснее находить общий язык и точки соприкосновения между людьми, имеющими не только разные взгляды на одни и те же вещи, события, явления и персоналии, но и сходные в главном: в отношении к родине, к власти, к собственному народу и - разумеется - к религии.

Гервазий ГАГУЦКИЙ
РЕЦЕПТ МЫЛА

Некоторым выпускникам ускоренных курсов предельно независимого журналиста или публициста я посвящаю свою высокую речь. Надо только будет пригласить к участию в дискуссии недалекого представителя польского меньшинства и умело пользующегося польским языком представителя большинства еврейского, чтобы преподать недобиткам полян ясную проповедь.

Такой унылый спектакль повторяется тут и там для свидетельства о том, что Цензор давно уже рассыпался в пух и прах, а мы - вполне открыты для иного описания реальности. Эта пирамидальная ложь чувствует себя очень комфортно и постоянно подкармливается все новыми конфигурациями данных. - Мол мы должны быть постоянно начеку, поскольку даже Творец уже столь слаб, что не в силах удержать свое творение в задуманном состоянии.

Приходится признать - памятуя описание польской идентичности, сделанное век назад Романом ДМОВСКИМ, - что в этой материи ничего не изменилось с тех пор. Среднестатистический потомок полян, раздирает одежды перед крестом на Краковском Предместье, когда Отчизна его гибнет, а потомок хазар поддерживает его в этом деле, спокойно распластываясь крестообразно в польском костеле, и, выдавая себя за польского патриота, подбрасывает дровишек в огонь, на котором в отсутствие местных жителей сгорает их прошлое, их имущество, их Земля. Польская Земля!

А ведь то, что кто-то в Польше спасся и был принят с польским гостеприимством, не дает им права спать на моем супружеском ложе, ходить в моем халате и тапках, не дает права привествовать от моего имени захватчиков!

Вот и стою я на развалинах и думаю, что из моей жизни может пригодиться недобиткам полян в их гордой борьбе за сохранение материи и пястовского духа.

И вдруг нахожу, что денатурат (подкрашиваемый ранее в тошнотворный фиолетовый цвет) может здесь подойти. В прежние времена в просвещенных кругах общества он играл роль сегодняшнего виски. Процеживался сквозь ржаной хлеб и бумагу из школьной тетрадки, сдабривался натуральными, без химического дерьма вишнями, в результате получалась отличная наливка, помогавшая пережить трудные времена.

Сегодня нам осталось только растворимое мыло.

środa, 22 czerwca 2011

MOWA TRAWA JEGOMOŚCIA GERWAZEGO NA JUBILEUSZ GAJÓWKI

      Czcigodny i miłościwy Panie  Gajowy!
      Panowie znakomici i Białogłowe płoche!

     W moich podróżach po bezdrożach Internetu wiele mnie spotkało klęsk i rozczarowań — aliści kilka zdarzeń i spotkań na gościńcach warte jest uwagi. Chciałbym naturalnie umieć sprostać mistrzom staropolskich mów, ale przecież tamtych słuchaczy, którzy przed nami żywoty poczciwe wiedli, już zaczyna nam brakować.
Gdzież oni są dzisiaj? Gdzie się zapadli w lęku przed naszą hałaśliwą obecnością ?  Gdzie są ich konie, szable, kontusze, ich dzieci i białogłowe? Gdzie są ich kości?
      Tak więc nie przeczę, że w Sarmacji bije polskie serce. I nie dlatego, że sobie te czasy obdarłem z wszelkich przejawów prywaty i porywczej umysłowej hulanki, ale dlatego, iż  jest to jedna z izb naszego Domu, której nie wolno zasypać i złożyć na śmietniku dziejów, bo i my tam niedługo spoczniemy.
      Ano, nie będę ukrywał, że zwabiła mnie do Gajówki miłość do polskich lasów. A do Puszczy w szczególności. Sama nazwa też wydała mi się adekwatna, bowiem w ciemnym polskim borze Gajówka przytuli i nakarmi strudzonego wędrowca lub — jak to bywało niestety — rannego powstańca: to Gajówka powinna stać się podstawową komórką społeczną.
      No, bo obaczcie sami, ile w Gajówce przykładnej codziennej krzątaniny!
Ot, drwa tu też rąbią — gdy języka nie staje — i, jak ktoś nienawykły, to może własną stalówką obciąć sobie palucha albo inny jeszcze bardziej cenny członek. Tedy uwaga i doświadczenie w szczególnej są tutaj cenie! Na nic zda się tu Mądrala, który wagi słów wypowiadanych oszczędnie nie pojął. Albowiem taka szorstka fantazja cechuje ludzi Puszczy!

      A przecież są w życiu Gajówki i inne uroki: Jak drogi na ten przykład zawieje i na gontowym dachu spoczywa metrowa śniegowa czapa, a cisza taka wielka jest w Puszczy, że słychać milczącą sarnę, gdy w odległym gąszczu wykopuje sobie legowisko w zmarzniętym śniegu. Albo tak, na przedwiośniu, kiedy wszystko zaczyna gadać, szumieć i szeleścić, chociaż zmarzlina jeszcze trzyma ludzi, drzewa i zwierzęta w swoim mocarnym uścisku. ...A i w Gajówce przecież bywają biesiady huczne, gdzie niejeden rubasznie do szabli sięgnie, inny przy biesiadzie złożony niemocą przyśnie, a w nocy drzwi na podwórzec nie znajdzie i odda urynę do kominka. Pan Gajowy i na takie ekscesy jest przygotowany, bo, jako żywo, piwniczka i spiżarnia Gajówki stoją dla wszystkich otworem, co nie powinno być dla wielu odpowiednią zachętą do odwiedzin, jako że można też na mróz siarczysty boso i bez gaci być wyproszonym. Tedy w konfuzji jestem wielkiej, bo nie przywykłem strzępić języka po próżnicy na cytowaniu ciętych krotochwili przy takich egzekwiach, które jednakowoż szczególnej uwagi i czułości językowej wymagają.
Bowiem Gajówka, i Dwór Polski, i Polski Zaścianek, i Chałupa Polska mają świadczyć o takich odwiecznych wartościach, których nie przemogą żadne złe moce.

      Ja sam otóż przyjażniłem się kiedyś z gajowym Wackiem Gwiazdowskim, który w Puszczy nigdy nie zbłądził i podległe sobie kwartały i zarośnięte ścieżki po ciemku umiał znaleźć. Zwierzęta leśne też go się nie bały, bo gajowy Gwiazdowski nigdy nie chodził do lasu ze strzelbą. Tedy Wierzątka wychodziły do niego jak do swojego — nie tylko w czas surowej zimy. Wśród nich dwie sarny upodobały sobie szczególnie Gajowego: potrafiły go znaleźć w najdalszym zakątku.
No i pewnego razu zadzwonił telefon w Gajówce. Dzwonił nadleśniczy z poleceniem służbowym zajęcia się dwoma wojewódzkimi sekretarzami z Komitetu Partii Robotniczo-Chłopskiej, którzy zapolować chcą, a przecież Gajowy wie, gdzie w Puszczy przebywa zwierzyna.
Cóż miał robić gajowy Gwiazdowski! Tak prowadził tych żałosnych myśliwych z Komitetu, żeby żadnej zwierzyny nie zobaczyli. Ale te dwie sarny jednak nie dały się wyprowadzić w pole i mimo kluczenia i wszelakich zmyłek swojego Gajowego jednak znalazły...
      Niedługo potem umarł gajowy Wacek Gwiazdowski jeszcze w kwiecie wieku, chociaż gorzałkę z musztardówki na mrozie okrutnym umiał spożywać na dalekim od wszelkich domostw zrębie. Razem więc słoninę zamarzniętą siekierą rąbaliśmy na zagrychę i trunek zacny w puszczańskim zachwycie spożywaliśmy, co mnie na zdrowie wyszło, a jemu chyba nie.

      W takich wspominkach i w takiej pomroce sarmackich dziejów toną ostatnie Polskie Gajówki! Na złom pokoleń idą obyczaje i obrzędy, sztuka ciosania gontów i sarmacka muzyka, mole żrą te wzgardzone żupany i kontusze. Rozpleniły się Demony, przybierające sobie za ozdobę nasze własne wizerunki; łaciną nazwano język łajdactwa i rzekomej skarbnicy ludowej mądrości.

      Czcigodni Biesiadnicy!
Moja mowa trawa, ale łąki nie moje!
Bywajcie w Gajówce i kulawki z godnością opróżniajcie!
Vinum incendit iras!
Vivat Gajówka!
Vivat Sarmacja!

wtorek, 14 czerwca 2011

BALLADA STAROPOLSKA

Mój koń gotowy stoi już do drogi, płoną
Jego podkowy na podwórcu, stara kulbaka
Ukryta w przedsionku - i z mroku
Wstają poczerniałe orły
Leżą kopie skruszałe od wilgoci
Półpancerz lekki leży w zapomnieniu
Czaprak obszyty pociemniałym złotem
A pod dębowym spoczywa wiekiem
Mój zacny Towarzysz Pancerny.

Stół bez nogi wspieram jak umiem, sztalugi
Globus, zamorskie pachnidła
Kaganek bez knota, bogate szaty
Krucyfiks, któremu odjęto człowieka
Wszystko to, i jeszcze
Stary gąsior spleśniałego wina, wyblakły
Jedwab z chińskiego statku
Garść pokrzywionych hufnali trzymam
By pewnym być mojego dostatku.

Przechodniu, powiedz Polsce
Żem przepadł.

środa, 4 maja 2011

MAKIETA

Pod płytą ciała
Doskwiera zaledwie
Ten piękny ogród botaniczny
Ogrodnik
Co ze swego wnętrza
Wysupłał i zmierzwił
Dolinę rozpostartą
Na listku płomienia
Gdzie każda mrówka
Jest jak głaz lub kamyk
Nadmierna.

Pod płytą ciała las jest
I na rzece tratwa
W pojęciu strumienia
Jest biała kartka
I pamięci kalka
W płonących arteriach
Rozbity pusty dzbanek
Dzwoni

Powietrze jest szkliste
— Mną się wypełnia
Zarys po nim.

sobota, 26 marca 2011

ARCHIWUM

Ciemno tu jest od Motywów
Wizerunków z naciekiem Historii
Wyjętych z ręki Golema przypowieści
Pociągów wypełnionych płótnami flag
Ciał zwiniętych w bezkresne rulony.

Zimne wnętrze pierwszej teczki:
Dwie karteczki, odcisk palca na nagietce
Skrzydło nietoperza jako fakt rzeczowy
I bez wieści życiorys.

Potem zdejmujesz delikatnie
Zardzewiałe druty
Połamane gałązki
I ślinę nietoperza
Z ciepłej, wiecznie żyjącej pościeli.

Helsingborg, Roku Pańskiego 1979

wtorek, 22 marca 2011

TYTUŁY

Tytuł to forma wprowadzenia nas na śliską ścieżkę opisowych fanaberii. Tytuł przy obrazie pozostaje tylko znakiem, wyznaczeniem kierunku, by dalej taktownie się oddalić. W poezji sam tytuł powinien wystarczyć, ale głupio jest publikować wiersze składające się tylko z tytułu.

Tak więc zawsze DZIEŁO zaczyna się od tytułu. Nigdy nie dorabiałem tytułu do DZIEŁA!
Oto kilka z nich, które czekają.

WSZY NIEPODLEGŁEJ
WESZKI, GŁOMBY, PSUJE
OBJAWIENIA I TROMTADRACJE
ZMORY POLSKIE
ROZMOWY O ŚNIE WIEKUISTYM
OJCZYZNA NA LODZIE
GOLGOTA JAK SŁOTA
CICHE ROZTERKI
MAESTRO JEDNEGO ZDANIA
REZACKI SIERP KAPITAŁU
SZKIELET PATRIOTY
JAK ŻYĆ NA INDEKSIE
NAUKA CZYTANIA
W CIENIU ROZKWITAJĄCYCH NADZORCÓW
ŻYCIE W SKARPETCE
ATRAPA RZECZYPOSPOLITEJ
BONIOWANIE
NIEDŹWIADEK A SPRAWA POLSKA
KOMITET OCHRONY ORŁÓW
GŁUPI ŻYD I GŁUPI POLAK
SOLIDARNOŚĆ FERAJNY
KUNKTATOR W NIEBO WZIĘTY
ZBIÓRKA NA KIRKUCIE
MIĘDZY SŁUPKIEM A ŚRODKIEM POLA
ORKI PLĄDRUJĄ NASZ KRAJ
PIONIERKI ANDRZEJA ŁAPICKIEGO
ZNUŻENIE - CZYLI BAŁASZEWICZ PO POLSKU
KUKU NA MUNIU
KOWBOJSKIM TRUCHTEM
BEKNĄĆ SOBIE I OJCZYŹNIE
TRATWA SZALEŃCÓW
MIZERYKORDIA

Tak więc, jak widać na załączonym obrazku, mam coraz mniej chęci do moich publicystycznych swawoli. Bowiem kiedy się zastanawiam, z kim chciałbym prowadzić dyskurs, zaraz staje przede mną Widmo. Zjawa ta, zagubiona w infernalnej przestrzeni, nie jest w stanie sprostać wyprodukowanym przez siebie miazmatom. Dlatego mnie potrzebuje i za mną tęskni. Także i ja mogę ją zamienić w własny obraz stawiając pracowicie literki. A to dlatego, że liczba piszących zdecydowanie przewyższa liczbę czytających.

Błotniak z Bronnej Góry

niedziela, 20 marca 2011

SKRZYDEŁ CIEŃ

      Wśród tysiąca teorii zbrodniczego zamachu na prezydencki samolot, wiele zasługuje na laury i literackie nagrody tym bardziej, że już w dniu katastrofy izraelska prasa ten ton zgodnym chórem podała.  Zaraz więc zaczęły powstawać w Rzeczypospolitej jeszcze Polskiej chórki parafialne i uliczne dla wypełnienia skołatanej duszy polskiej odpowiednią patriotyczną papką, której etos bez zbędnych ceregieli będzie można w odpowiednim czasie wykorzystać do własnych celów. Tak więc jeszcze raz uzyskuję dowód, że największym zagrożeniem dla Rzplitej jest jej tubylcza ludność.
       I tu do miary symbolu urasta drzewo, które skrzydło prezydenckiego samolotu ścięło nie zważając na samozagładę, bowiem fatalnego dnia 10 kwietnia 1940 roku, zostało ono posadzone przez Stalina i Berię... No i car Putin jest przecież wyklonowany z palucha Josifa Wissarionowicza... Dlatego najbardziej wiarygodną hipotezą wydaje mi się ta, która zakłada porwanie prezydenckiego samolotu przez mgłę wytworzoną przez majora Błochina, wymordowanie wszystkich pasażerów i podrzucenie niekompletnych szczątków w miejsce rzekomej katastrofy. Jak orzekł bowiem autorytet patriotycznej internetowej publicystyki, nie ma do dziś żadnych dowodów na potwierdzenie marnej hipotezy, że katastrofa w tym miejscu się odbyła. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by do tego wora własnych umysłowych aberracji, powrzucać jeszcze wszystko co się da, bez dbałości o kontekst, elementarną wiedzę i poczucie przyzwoitości.
      Ja naturalnie wiem, że ci pożal się nie ma komu samozwańczy obrońcy Okopów św. Trójcy nie czytali nazbyt dużo i też nazbyt dużo sobie nie przemyśliwali, chcąc tak udatnie uczestniczyć w zagładzie Rzeczypospolitej — chociaż nawet w niedalekiej przeszłości mieli do dyspozycji sieć jeszcze komunistycznych bibliotek — aliści nawet Żdanow podzielał pogląd, że ludowi należy udostępnić trochę splendoru, a i czasem kość rzucić do obgryzienia, żeby pospólstwo czymś zająć i uchronić przed zgubnymi myślami.
      Przy okazji staramy się zapomnieć o sławetnym przypadku gruzińskim, gdy honor i poczucie odpowiedzialności pilota zostały tak haniebnie podeptane przez prezydenta i jego kapciowych. I jeśli ktoś powiada, że ten wyczyn nie miał wpływu na smoleńską katastrofę, to ten grymas albo  umysłowa czkawka warte są  w istocie mszy pod pałacem. Trzeba bowiem nie tylko obedrzeć krzyż z sacrum,  ale i uświęcić  tę szczególną tradycję,  która przyświeca  hodowaniu nienawiści między Polakami i Rosjanami, zastępując przy okazji wszelką myśl polityczną. I bynajmniej ich autorzy nie wykazują tutaj żadnych cech szaleństwa. W cieniu skrzydeł hodowanego w przydomowym ogródku Monstrum żyje się im przecież coraz ufniej  i bezpieczniej, i do tego w zgodzie z własnym sumieniem.

      Dlatego wielkim nietaktem jest przypominać te oto słowa:
     "Miłujcie przeto światło mądrości, chrześcijanie, i nie bądźcie gorsi od pogan, którzy podobno z wielkim zapałem dążyli do mądrości, choć tylko ludzkiej" - tak prawił już przed sześciuset laty, zmarły jednakowoż już w dniu 9 stycznia Roku Pańskiego 1431 w Krakowie, doktor dekretów i kanonik krakowski Stanisław ze Skarbimierza.

19 września RP 2010

Błotniak z Bronnej Góry
     

czwartek, 17 marca 2011

PRZEPIS NA MYDŁO

      Niektórym adeptom przyspieszonych kursów na niezależnego dziennikarza lub publicystę przyświecają  szczytne intencje. Wystarczy bowiem zaprosić do dyskusji głupkowatego przedstawiciela polskiej mniejszości i sprawnie posługującego się językiem polskim przedstawiciela żydowskiej większości, by dać niedobitkom Polan jasny przekaz.
      Taki ponury spektakl odbywa się tu i ówdzie dla pokazania, że Cenzor już dawno rozpadł się w proch, a my jesteśmy otwarci na inny opis rzeczywistości. To piramidalne kłamstwo ma się całkiem dobrze, i co rusz jest karmione nowym zestawem dań. - Bo przecież musimy być czujni, skoro nawet Stwórca jest tak ułomny, że nie jest na siłach utrzymać swego dzieła w przewidywalnych zarysach. 
      Tak więc, według opisu polskiej tożsamości sprzed wieku - dokonanego przez Romana Dmowskiego - nic się w tej materii nie zmieniło. Statystyczny potomek Polan rozdziera szaty pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu gdy jego Ojczyzna ginie, a statystyczny potomek Chazarów leży spokojnie krzyżem w kościele i robi za polskiego patriotę dokładając do ognia, w którym pod nieobecność jego mieszkańców spopiela się ich przeszłość, ich dobytek i ich Ziemia. Polska Ziemia!
      A przecież to, że ktoś w Polszcze się schronił i został przyjęty z polską gościnnością, nie uprawnia w moim Domu do sypiania w moim małżeńskim łożu, do chodzenia w moim kontuszu i w moich kapciach, nie uprawnia do witania w moim imieniu najeźdzców!

      Stoję tedy dziś na pustkowiu i rozmyślam, co też z mojego żywota może się przydać niedobitkom Polan w ich dumnej walce o przetrwanie materii i piastowskiego ducha.
      I otóż znajduję, że denaturat (barwiony dawniej na wymiotny fiolecik) może się w tym dziele przydać. Pełnił on za dawnych czasów w światłych kręgach społeczeństwa taką rolę jak dzisiejsza whisky. Przesączało się to przez żytni chleb i szkolną bibułę, dodawało dorodnych i bez chemicznych świństw wiśni, i wychodziła przednia nalewka pozwalająca trudne czasy przetrwać.

      Dzisiaj mam do dyspozycji tylko rozpuszczone mydło.

Błotniak z Bronnej Góry 



poniedziałek, 14 marca 2011

LEKCJA LIRYKI

      Kiedy w roku 1987 pojechałem pierwszy raz do Paryża z moimi kilku obrazkami przemyconymi podstępnie, bo u nas, w Polsce, wszystko zdawało się śmiertelnym tchnieniem, kiedy mówiono, że komuna będzie trwała jeszcze 300 lat, ja, jak zawsze stojący po stronie beznadziejnie przegranych, naraziłem się dobrowolnie na śmieszność.
      Nafaszerowany tradycją Hotelu Lambert wyobraziłem sobie, że nowa emigracja jest ucieleśnieniem duchowego dziedzictwa romantyzmu. Różne znaki zapytania starannie kasowałem, podejrzewając siebie o nikczemne uleganie nieudolnej komunistycznej propagandzie. To, że nawet w niej może tkwić zaczyn dla przemyśleń i sugestia zwrócenia uwagi na zawiłe imponderabilia, było poza wszelką rachubą i ocierało się o zdradę. I w ten łatwy a bezmyślny sposób stałem się już pożądliwym celem dla Belzebuba, ocierającego się o mnie wyuzdanie i bezkarnie nie tylko na stacjach metra, ale i wśród cierpiących za wolność polskich emigrantów. Wprawdzie niektórzy z nich już pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego mieli informacje co się święci i szybko zwinęli manatki czmychając do kapitalistycznego raju, ale nimb emigracyjnej świętości skutecznie wygładzał ich rodzinne życiorysy. To, że Belzebub miał akurat iście semickie rysy, nie ułatwiało zadawania kłopotliwych dla semickiej tożsamości pytań.
      A więc poza tym, że chcieliśmy z Jackiem Bierezinem Zaliwskiego reaktywować, Legiony tworzyć, niezbyt wiele dobrego dla Polan mogło wyniknąć. A to dlatego, że poszła od żuczków w emigrancki lud informacja, jakobym był przysłany przez tajne służby PRL-u. Tak więc metoda unieszkodliwiania pozostających poza agenturą patriotów przez środowisko naszpikowane agenturą wszelkiej maści, wydaje do dziś swe zatrute owoce.
      Dla rekompensaty tedy polazłem do źródła paryskiej polskości, czyli na Wyspę św. Ludwika. Tuż obok Hotelu Lambert tkwiła polska księgarnia Romanowiczów. Pod pachę wziąłem przemycony obrazek, który był pierwszą stroną poświęconego "Solidarności" albumu z taką intencją, by go podarować Romanowiczom. Niechże sobie wisi w polskiej księgarni nad Sekwaną.
      Kiedy powiedziałem, że przyjechałem z Polski, Romanowicz od razu spojrzał na mnie jak na trędowatego. A już jego niechęć szczególnie wzrosła, gdy wskazując opakowany obrazek dodałem, iż poświęcony jest naszej dumnej niedalekiej przeszłości i dobrze by było, aby w tym historycznym miejscu był i taki akcent. I zaraz sobie przypomniałem zdjęcie i relację mojego znajomego sprzed kilku lat, gdy wystawa księgarni tonęła w polskich flagach i znakach "Solidarności". Wszakże teraz z wystawy całą tę dekorację wymiotło z kretesem.
      Pan Kazimierz Romanowicz z wyjątkowym niesmakiem ocenił moją propozycję i oddał się przedstawianiu piekiełka polskiej azylanckiej społeczności,  by dojść i do takiej puenty,  że on ma ich wszystkich serdecznie dość. Ten mało chwalebny wykład spowodował moją rejteradę i bolesny chichot, który poniekąd trwa do dzisiaj.
      W taki sposób otrzymałem swoją lekcję liryki i tak pochylili się nad moją  naiwną głupotą spadkobiercy Wielkich Duchów Polskości. A i to trzeba jeszcze dopowiedzieć, że po opuszczeniu tego zaklętego kręgu polskich widm los okazał mi swoją wyjątkową przychylność. Ale o tym  widma już nie miały bladego pojęcia, co niewątpliwie sprzyjało zachowaniu ich dobrego samopoczucia, które — jak nikczemnie mniemam — pielęgnują do dzisiaj, wystawiając ochotnie swe garnitury do dekoracji.

14 marca 2011

Błotniak z Bronnej Góry

środa, 9 marca 2011

ŻYCIE RODZINNE PANTOFELKÓW

      Czasami można usłyszeć dość humorystyczne opinie o braku cenzury prasowej i internetowej. Najgłośniej na cenzurę skarżą się dziennikarze, których wszędzie było pełno, ale w pewnym momencie stracili posadę w gazecie, telewizji lub radiu. Wtedy to rwą włosy z głów i obwiniają cenzurę i układ o swoją zawodową degradację. Dopóki byli w innym układzie i trybikiem w systemie, dopóty cenzury nie zauważali. Celują w tym procederze także ci namaszczeni przez siebie na Prawdziwych Polaków. 
      Tak i mnie ten przenikliwy wiatr wdziera się do archiwizowanych osobistych doświadczeń i spostrzeżeń - a więc pozwala wymknąć się definicji na swawole. Aby więc nie popaść w nadmierną ingerencję w kompetencje bardziej ode mnie wytrawnych publicystów i poetów pióra, wracam w pokorze na swoją półkę spleśniałego archiwisty i opiszę tu w skrócie przypadek internetowego forum, którego patronem jest Stanisław Michalkiewicz.
      Otóż mając zagwarantowane od lat w wolnej nadwiślańskiej prasie prawo do milczenia, pisywałem tu i ówdzie w internetowym świecie, zderzając się nie tylko z głupotą, ale też z cenzurą. Po kolejnym przykrym incydencie wróciłem sobie pod skrzydełka rzeczonego publicysty, skąd wprawdzie wcześniej wygnała mnie pospolita głupawka, to przynajmniej - jak sobie myślałem - nie groziła mi cenzura, bowiem osoba patrona takie mniemanie zdawała się gwarantować.
      Wyniesiony w takich okolicznościach do zajęcia miejsca na ambonie, już na progu zacząłem sobie gaworzyć ambitnie, z świętą wiarą w moc żywego słowa. Bowiem na pokojach tych panował taki zaduch, że i jakiekolwiek próby wyrwania się z tego marazmu przez jakże drapieżnych forumowych publicystów, kończyły się zaledwie na kelnerskiej obsłudze umysłowych komiwojażerów wszelakiej maści. Tak więc podporządkowane sobie służby zagoniłem do roboty i wśród rozlicznych wątków założyliśmy  także listę największych śmieciarzy, ażeby dwupłciowe żuczki i umysłowe pantofelki same się oczyściły z zarzutów w twórczej samokrytyce, co ewentualnie sąd skorupkowy mógłby wziąć pod uwagę przy orzekaniu winy.
      I tu nie doceniłem determinacji i poczucia humoru łażących za mną i po mnie od dłuższego czasu tych pożytecznych żyjątek. Spokojnie, bez ulegania nastrojom chwili, gdy ja tkwiłem w euforii zażywania swobodnego latania na pokojach Michalkiewicza - miłującego nade wszystko wolność wypowiedzi - one sobie niespiesznie i z mściwą satysfakcją wycierać poczęły moje literki na tablicy ogłoszeń i w spisie treści tej forumowej księgi, a także w Google pl., czyli według znanego schematu strącania skazańców w tak pojmowaną Nicość. Bowiem jak kogoś nie oglądamy na co dzień w mediach, to znaczy, że już dawno nie żyje. Tym razem jednak, w wyniku zarządzonego przeze mnie śledztwa, okazało się, że zdrada ukrywa się pod samym nosem naszego wybitnego, co by nie mówić, publicysty, bowiem tak opiewana  przez autora  tajemna razwiedka, czuwa także w jego szafie, chroniąc  przy okazji kalesony swego adwersarza.  Wynajmowany zwykle do takich zadań haker, wyraźnie nie musiał się trudzić. 
      I w taki oto sposób przypomniałem sobie, że grzech pierworodny rozłożony jest  między wszystkich ludzi. A więc kiedy kneblowana i ustrojona w dziewicze szaty opozycja przygotowuje się do przejęcia wreszcie władzy, to przejmuje te same metody co ich tak  krytykowani poprzednicy. Najwyraźniej przydatny dla każdego miłościwie panującego minister policji Józek Fouche, wyjątkowa szuja, miał taką wiedzę o ułomności ludzkiej natury, że w takim przypadku natychmiast zakładał następną opozycyjną prasę i partię. I tak oglądamy sobie wciąż ten sam spektakl, tylko kukiełki się zmieniają. W tym gronie, zapewne - strach pomyśleć - pozbawiony świadomości, zasiadł też nasz znamienity publicysta Stanisław Michalkiewicz, którego pralnia świadczy usługi w zakresie  wywabiania  hańbiących płodów niektórych umysłów — ku zadowoleniu klientów. Ot, zwyczajne życie rodzinne.

27 lipca 2009

Błotniak z Bronnej Góry

wtorek, 8 marca 2011

NIEOPODAL

Może to jest wzniosłość
Kiedy po spektaklu 
Opada na oczy kurtyna
I nieruchome zostają tam obrazy —
Bieleją puste kartki
Gdzie tętent konia się zatrzymał
Litery ktoś ułożył w ptasi klucz
Byś do Domu wrócić umiał.

Może to jest wzniosłość
Kiedy serce utrudzone masz
Przystaje wtedy cały świat
Na tę chwilę bliską —
Do niej raptem wracasz 
Z pyszczkiem sarny na kolanach
Choć ani ciebie tam nie ma
Ani sarny.

8 marca 2011

Błotniak z Bronnej Góry

poniedziałek, 7 marca 2011

NARODOWA NEKROFILIA

      Już wprawdzie przed kilku laty, jeszcze za życia "poległego" w katastrofie lotniczej prezydenta, postulowałem budowę mauzoleum dla niego, ale nikt mnie wówczas nie posłuchał i trzeba było Wawelu użyć dla zaspokojenia prezydenckiego poczucia niższości. A postulat ten wziął się stąd, że lewitujący obok ustępującego prezydęta Kwaśniewskiego prezydent elekt, utracił był kontakt z ojczystą ziemią, co miało przynieść tak dojmujące spotkanie z ziemią w smoleńskim zagajniku.
      Gdybyż mnie wtedy posłuchano - nie byłoby dzisiaj tej przepychanki z krzyżem, której ze swej wysokości przygląda się z niesmakiem sam książę Józef Poniatowski, podobno bardziej godny naszej pamięci niźli upokorzony przez naszą głupotę nasz ostatni król. Skoro więc zamiast króla Stasia spoczywa na Wawelu ofiara lotniczej katastrofy, to i książę Pepi też powinien z konia zleźć, aby sobie posiedzieć w mniej eksponowanym miejscu i tubylczej patriotycznej fantasmagorii wreszcie ulec.
      Jeśli jednak do takich egzekwii się przyłączy jakiś Prawdziwy Patriota, który na każdej padlinie gotów jest wypromować swoje cztery doktorskie komórki i sojusz wojskowy z Chinami zawiązać, to dla bardziej refleksyjnych Polan miejsca już ani chybi nie wystarczy na tym targowisku. A sam prezes  objazdowej trupy, pociąga za sznurki w teatrzyku szmacianych lalek, którym własne występy zdają się być wedle własnej woli. Ale i sama publiczność, oczarowana spektaklem, nie wyczuwa swojskiego smrodku, i ze sztandarami i modlitwą w wielkim patriotycznym uniesieniu Rzeczpospolitą do katakumb znosi, co jej się wydaje   jedynym  konceptem z okolic politycznej myśli. Wprawdzie życie w katakumbach może być wstępem do życia wiecznego, ale na tym padole powinny obowiązywać bardziej racjonalne patriotyczne wartości, którym żaden grymas chwilowej umysłowej aberracji nie zaszkodzi.
      Na tej wezbranej fali funeralnej estetyki, dobrze sobie jednak przypomnieć, co nam pozostawił w testamencie podróżujący obecnie w Zaświatach prezydent Kaczyński. Otóż niech to będzie pierwsza z brzegu kartka, na której złożył podpis pod ustawą o wprowadzeniu zamordyzmu w zakresie prawa  do wyrażania przekonań na trudną do wyobrażenia skalę. Ostatecznie trudno jest w nieskończoność konserwować układ, w którym kulturalne i otwarte na inne poglądy i kulinarną wiedzę zachowanie przy stole, sprawia niektórym taką udrękę.
      Stypa też ma swoją wewnętrzną dramaturgię i potrzebuje własnego, wybranego w powszechnych wyborach wodzireja.

25 sierpnia 2010

Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 5 marca 2011

LUDZIE CZYLI BESTIE

      My, człekokształtne gnoje, wciąż myślimy o sobie, wciąż nie chcemy pamiętać, skąd przyszliśmy. Wciąż wystawiamy naszych Mniejszych Braci na niewysłowioną udrękę.
      Ten ból, z którym się budzę każdego ranka, zabiera mi każde tchnienie. Łapię spazmatycznie powietrze, choć już nie mam prawa do istnienia, jak ten karp, umierający w konwulsjach  w plastikowej torbie w supermarkecie, obłożony świątecznymi pakunkami. I oto komediant Cejrowski powiada, że empatia, wedle definicji, dotyczy tylko ludzi.
      Wprawdzie to ludzie napisali tę definicję, ale one, karpie, mają prawo umierać bez jednej skargi. Bo przecież na zwierzętach ćwiczymy i rozwijamy nasze zdolności do mordowania ludzi. Psy mają  więc prawo umierać bez zająknienia i skomlenia. Konie - ach te konie - spadające ze zwierzęcym westchnieniem w czeluście rzeźnickiej eksportowej taśmy, mającej nasycić kiszki ludożerców.  Konie z rozwianymi grzywami, pędzące konie niosące nas na grzbiecie, konie tak nam ufające, i dla nas umierające. Konie, nasi Mniejsi Bracia?
      Więc sobie żremy tę szyneczkę, schabik, kotlecik, kiełbaskę, ubabrani we wnętrznościach zamordowanych Istot, kłapiąc ociekającymi krwią zębami - mlaskający ze znawstwem smakosze, żyjący w odorze zwierzęcego cierpienia.
       Mordujemy obuszkiem świnki i jałówki, tchawicę przecinamy krowom, które nam służyły wiernie lat wiele, wysłużone i spracowane klacze oddajemy do przetwórni senatora Stokłosy, podwieszamy je na rzeźnickich hakach.  I nie chcemy słyszeć ich milczącej skargi, nie chcemy widzieć ich ogromniejącej, pulsującej łzy.
      I jeszcze na dokładkę ci pożal się boże publicyści i pisarze, używający na określenie poczynań krwiożerczej ludzkiej bestii szerokiego wachlarza danych zwierzętom właściwości. A więc owo bezmyślne "zezwierzęcenie" otwiera tę długą listę. Bo przecież jakże umiemy porównywać się wciąż ze zwierzętami, okazując im na każdym kroku naszą iluzoryczną wyższość i wzgardę, czyli przede wszystkim uzurpując sobie prawo do ich mordowania.
      Tak więc dopóki istnieją rzeźnie, dopóty mam w rzyci  różne tubylcze "patriotyczne" westchnienia. 

Błotniak z Bronnej Góry

piątek, 18 lutego 2011

NA RADIOWEJ FALI

Jak to na moim obrazku "Słucham..." (z cyklu "Moja Ziemia") starałem się niegdyś namalować, wciąż się wsłuchuję w odwieczne tajemne fale z zamkniętymi oczami. Bowiem mój chwilowy pobyt na tym padole nie pozostawia mi nazbyt dużo czasu na zgłębienie wszystkich Ksiąg, gdzie nasi Przodkowie pozostawili nam ciepły ślad swego oddechu w zapasach z Wiecznością.
Po latach przyszły nam na pomoc radiowe fale, które zaczęliśmy wysyłać w Niebiosa, przypominając Bogu o naszym istnieniu. Bóg był łaskawy i pozwolił  uszczknąć nieco Przemijaniu, które dzierżyło przez tysiąclecia monopol na grę losową, gdzie nieodzownym elementem wygranej był taniec ze śmiercią.

I oto natknąłem się w swoich niechcianych podróżach na  internetowe radio, gdzie zaczęła nadawać radiostacja "Jutrzenka". Tę radiową falę, przeznaczoną jak najbardziej dla tubylczej polskiej ludności, dokumentuje biała kartka, gdzie nie uwidzisz myślowych produktów żadnego tubylczego mądrali, bo akurat zajęty jest kosmetyką swojej mendowatej umysłowej struktury, by przywdziać w odpowiednim momencie szatki ukrzyżowanego polskiego patrioty.

Dlatego, chociaż już zostałem mianowany przez Prawdziwych sepleniących Patriotów funkcjonariuszem FSB, poetycznym trollem i komisarzem politycznym - inne epitety chwilowo pominę - powierzam tej białej kartce moje wspomnienie, kiedy na początku stanu wojennego  (chyba w lutym 1982 roku)   wybrałem się z Piotrem - moim kurierem w kontaktach z "Nową" - do Krakowa po radiostację, która miała się dopisać do AK-owskiej "Błyskawicy".
Na dworcach wtedy sprawdzano prawie każdy tłumoczek, węzełek i walizkę - nawet siatkę z kartoflami, bowiem wyglądem swym przypominały granaty. Kiedy na punkcie kontaktowym odebraliśmy radiostację, okazało się, że potrzebuje ona okazałego, jak na warunki wojenne, pakunku. Pojechaliśmy zatem do moich krakowskich znajomych, gdzie ku utrapieniu Piotra zarządziłem dalszą podróż do Warszawy z otwartymi pokaźnymi dwiema torbami, wypełnionymi złocistymi polskimi renetami. Na dnie tych toreb spoczywały elementy owej radiostacji.

Na krakowskim dworcu patroli naszej wyzwoleńczej armii było bez liku. Każdy z nich przyglądał się z wielką podejrzliwością naszym otwartym wielkim torbom wypełnionym po brzegi jabłkami, ale nikt nie odważył się prosić nas o gościnę, co nie pozwalało wierzyć w zanik dobrych obyczajów.  Piotrek miał mokre gacie i to groziło kompromitującą prawdziwych konspiratorów wsypą. Udało się mi jednak na tyle opanować drżenie mokrych gaci, że wsiedliśmy bezczelnie do przedziału, w którym podróżowali żołnierze ludowej armii w trakcie wypełniania obowiązku służenia Ojczyźnie. I te niedorajdy naszymi torbami bardzo się zainteresowali, bo wojsko zawsze jest głodne. Kiedy więc, chcąc sprostać  nakazowi staropolskiej gościnności, zaprosiłem naszych dzielnych wojaków do spożywania naszych złocistych renet, Piotrek ostatkiem sił spojrzał na mnie i już wiedziałem, że uznał mnie w drodze na szafot za szaleńca. Wprawdzie i mnie nogi lekko się ugięły, ale polski żołnierz na tyle był skromny, że każdy wziął tylko jedno jabłko. Podczas podróży co i rusz  uzbrojone patrole sprawdzały w sąsiednich przedziałach dokumenty i bagaże. W naszym wojskowym przedziale nikomu już nie  chciało się zaczepiać zabłąkanych dwóch cywilów. Tym bardziej, że wspólnie śpiewaliśmy legionową pieśń, tak trywialnie znienawidzoną w koszarach ludowego wojska. I pod taką ochroną dojechaliśmy do stolicy priwislanskiego kraju błogo i szczęśliwie.

Tak więc nie od dziś, w kurzu i  grymasach podobnych doświadczeń, postuluję nie tylko zmianę polskiego narodowego hymnu, ale i godła.
Złota reneta lub rozwijający się rozmaryn najzupełniej nam wystarczą. A i Tadeusz Bieda - Kościuszko powinien wreszcie znaleźć miejsce wiecznego spoczynku, a nie straszyć w każdej polskiej wiosce i miasteczku swoim imieniem na rogatkach.
Gdybym dodał, że cały ten trud poszedł na marne i radiostacja przeleżała się u mnie kilka lat, by raptem zniknąć już dla innych celów, to niewątpliwie zasłużę sobie na miano mendy - co i radiostacja "Jutrzenka" powinna jako ostrzeżenie w niebiańskie przestworza wyemitować.

18 lutego, Roku Pańskiego 2011

Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 13 stycznia 2011

KIJ SAMOBIJ

      Podobno atak polskiej konnicy w owej przełęczy, dnia 30 listopada 1808 roku, trwał zaledwie osiem minut. Tak wyraziste osiem minut w Historii to faktycznie niezbyt wiele, ale skutki mogą się odbijać dyszkantem przez następne stulecia, choćby w tle biły dzwony na trwogę.
      Dzisiaj żołnierz polski walczy o Polskę w Afganistanie, okupując tę ziemię na zlecenie Belzebuba. Tak realizuje się tradycja Samosierry.
      I jeszcze niektórzy patrioci mają taki oto dowcip, że uzasadniają polską agresję koniecznością "bojowego" szkolenia żołnierzy. Podnoszona jest także - a jakże - kwestia iluzorycznych, ale dotkliwie świadczących o znikczemnieniu "polskich elyt", korzyści finansowych - czyli zapłacenia za usługę.
      Zaiste, w kontekście likwidacji polskiej armii - gdzie służba w niej być powinna zaszczytnym obowiązkiem dla każdego Polaka - i oparcia się na płatnych najemnikach, konieczność ta jawi się szczególnie złowrogo, bowiem jedynym przeciwnikiem dla takich oddziałów wojskowych, może być tylko cywilna ludność, co pierwsze manewry NATO w Polsce wyraźnie pokazały.
       A my nadal sobie piszemy. I jeszcze piszemy dla ulgi w porannym kacu, po ośmiu minutach głupoty Anno 1989, których skutków nie odrobią nasze najbardziej światłe wnuki; piszemy sobie krwawiąc z haniebnych umysłowych hemoroidów, z nadczynności tarczycy, skutkującej hormonalnym słowotokiem...

      A oko sobie mruga.

2009

Błotniak z Bronnej Góry